niedziela, 24 listopada 2013

"Percy Jackson i bogowie olimpijscy. Złodziej pioruna"

   Mitologia od wieków inspiruje wielu twórców. Powstają liczne książki nawiązujące do niej, na nowo interpretujące jej treść. Takim utworem jest powieść Ricka Riordana, pierwsza część serii "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" pt.: "Złodziej pioruna". Po rozczarowaniu "Czerwoną piramidą" postanowiłam dać twórczości Riordana drugą szansę. Opłacało się, chociaż szczególnie zachwycona nie jestem.
Złodziej pioruna - Rick Riordan   Mający problemy w domu i szkole Percy Jackson dowiaduje się, że jest synem jednego z bogów, a jego najlepszy kumpel Grover to satyr. Jednak wstąpienie do mitologicznego świata nie oznacza życia jak z bajki. Chłopak zostaje oskarżony przez Zeusa o kradzież pioruna. Na dodatek jego matka jest uwięziona w Hadesie. Nastolatek mając zaledwie kilku sojuszników, wyrusza w niebezpieczną, ale pełną przygód i zagadek podróż.
   Powieść Riordana to ciekawe połączenie dwóch światów: rzeczywistego, w którym żyjemy i fikcyjnego, boskiego. Warto zwrócić uwagę na nawiązanie do mitologii greckiej. Znajdziecie bohaterów, motywy i wątki ze starożytnych wierzeń. Sama misja Percy'ego także kojarzy się z kilkoma mitami (Telemach poszukujący ojca, Orfeusz wędrujący do Hadesu, by uwolnić ukochaną, Herakles i jego 12 prac). To dobrze, że kultura starożytna nie jest zapomniana i nadal fascynuje. Rzucił mi się jednak w oczy pewien istotny błąd. Powszechnie uważa się, że Atena nie miała nigdy ani żadnego partnera, ani tym bardziej dzieci. W powieści jednak romansuje ze śmiertelnikami. Rozumiem, że w interpretacji można co nieco zmieniać, ale niektóre cechy bogów itd. muszą zostać, są stałe. Moim zdaniem to już tworzenie własnej mitologii, ale to tylko moja opinia.
   Skoro już mowa o rzeczach, które mnie denerwowały, to muszę napisać o naiwności, momentami zbyt dużej. Skoro bohaterowie musieli się ukrywać, bo nikt nie powinien ich rozpoznać (tym bardziej, że w mieście wisiały zdjęcia Percy'ego), dlaczego jak gdyby nigdy nic poszli coś zwiedzić, potem udali się do baru itd. Czy ktoś tak by się zachowywał?! Nienaturalna jest też reakcja Percy'ego na to, że stracił matkę. Przecież on w ogóle nie rozpaczał. Ok, było mu TROCHĘ smutno, przez chwilę, a potem chciał ją odnaleźć, ale chyba każdy z nas przeżywałby to bardziej. On przyjął ten fakt, tak, jak gdyby mu zdechła rybka akwariowa. Poza tym wydaje mi się, że to raczej książka dla młodszych osób, może dziesięciolatków. Nie mówię, że to minus, ale często nawet powieści dla dzieci nie są aż tak naiwne! Sam styl zaś nie jest taki zły, wciąga czytelnika.
   Książka udowadnia, że w każdym człowieku możemy odkryć wiele wartości. Nie powinniśmy odrzucać słabszych, chorych. Opowiada ona o heroizmie także tych zupełnie zwyczajnych ludzi. Matka Percy'ego, aby zapewnić byt rodzinie wychodzi za mężczyznę, który traktuje ją jak służącą, nie ma dla niej szacunku. Porusza także temat rozbitych rodzin, samotności, odrzucenia. Czytelnicy przekonają się, jak ważna w życiu jest przyjaźń. Jeśli mamy obok bliskich nam ludzi, potrafimy poradzić sobie z licznymi przeciwnościami, które pojawiają się na naszej drodze.
   Powieść "Percy Jackson i bogowie olimpijscy. Złodziej pioruna" polecam przede wszystkim 10-13-latkom, ale także miłośnikom mitologii i fantastyki. Pomimo kilku niedociągnięć warto po nią sięgnąć. Myślę, że spróbuję przeczytać kolejną część, może spodoba mi się bardziej, a akcja się rozkręci.

Za tydzień: "Tam, gdzie śpiewają drzewa" Laura Gallego Garcia

niedziela, 17 listopada 2013

"Rodzina Połanieckich"

Muszę przyznać, że naprawdę lubię powieści Henryka Sienkiewicza i uważam, że w pełni zasłużenie otrzymał Nobla. Gdy słyszymy jego nazwisko na myśl przychodzi nam „W pustyni i w puszczy:, „Quo vadis” i inne powieści historyczne, przygodowe. Tymczasem autor napisał również świetną powieść obyczajową, o której pewnie nie każdy słyszał, a mianowicie „Rodzina Połanieckich”.
Cała historia zaczyna się, gdy Stanisław Połaniecki przyjeżdża do pana Pławickiego, który jest u niego zadłużony. Sytuacja komplikuje się, kiedy poznaje Marynię, córkę Pławickiego. Zauroczony dziewczyną nie może przestać o niej myśleć i postanawia, że zostanie ona jego żoną. Nie jest to jednak takie proste, bowiem dziewczyna ma do niego żal o utratę rodzinnego domu. Gdy wreszcie po wielu perypetiach młodzi biorą ślub i wydaje się, że odtąd będą szczęśliwi, Marynia czuje, że coś jest nie tak, a w zachowaniu męża nie widzi szczególnego uczucia. Na dodatek Połanieckiego zaczynają interesować inne kobiety…
Powieść ma około 800 stron, ale czytało się ją bardzo przyjemnie. Autor stworzył skomplikowanych bohaterów, uwikłanych w liczne intrygi, zdrady itp. Wątków jest naprawdę wiele, przez co cała opowieść niezmiernie wciąga czytelnika. Postacie są wiarygodne, popełniają błędy, gubią się. Niektórych ogromnie polubiłam, na innych cały czas się denerwowałam. Szczególnie interesującym bohaterem jest Połaniecki, który z czarującego dżentelmena zamienia się w naprawdę podłego faceta, kierującego się zwierzęcymi instynktami, zapominającego o żonie. Co ciekawe – dręczą go jednak wyrzuty sumienia. Najbardziej denerwowałam się a niego, gdy chciał oceniać niewierne kobiety, a później uświadamiał sobie, że nie ma prawa nic na nie mówić, bo sam nie jest lepszy.
Sienkiewicz poruszył w swojej powieści wiele tematów, wciąż aktualnych. Wątek chorej dwunastoletniej Litki każe zastawić się nad sensem życia, śmierci. „Rodzina Połanieckich” to również historia trudnej miłości. Podziwiam Marynię za jej dzielność, cierpliwość i wiarę w to, że kiedyś mąż znów ją pokocha. Autor przede wszystkim mówi także o niewierności (także słownej) zarówno w małżeństwie, jak i narzeczeństwie. Ważne, że pokazuje, iż zdradzają i mężczyźni, i kobiety. Nie oskarża tylko jednej płci, jest bardzo obiektywny. Z problemem tym wiążą się kolejne, o których Sienkiewicz nie zapomina. Samobójstwa, samotność, a także trudna sztuka przebaczania.
„Nic, tylko śmieszna komedia ludzka, w której jedni oszukują drugich, drudzy oszukują samych siebie; nic, tylko oszukani i oszukujący; nic, tylko pomyłki, zaślepienie, błędy, życiowe kłamstwa, ofiary pomyłek, ofiary oszustwa, ofiary złudzeń, plątanina bez wyjścia, pocieszna i zarazem rozpaczliwa ironia pokrywająca ludzkie uczucia, namiętności, nadzieje, tak jak śnieg pokrywa zimą pola – i oto życie!” – s. 669-670.
„Rodzina Połanieckich” to wzruszająca, choć czasem nawet zabawna powieść. Mówi o tym, że często nie doceniamy tego, co mamy, co jest blisko nas. Jednocześnie uświadamia, że wszystko ma swój sens, że warto przebaczać. Polecam nie tylko wielbicielom twórczości Sienkiewicza!

„Ja myślę – mówił – że Bóg jest mocniejszy niż ludzka przewrotność, a zarazem bajecznie miłosierny, i że czasem pozwala dlatego nieszczęściu bić w człowieka jak młotem, żeby z niego jakąś poczciwszą iskrę wykrzesać” – s. 780.

niedziela, 10 listopada 2013

"Cień wiatru" - opowieść o ludziach, którzy nie powinni się spotkać

   Tak wiele osób zachwyca się powieściami Carlosa Ruiza Zafona, że w końcu musiałam z ciekawości sięgnąć po którąś z książek tego autora. Wybór padł na „Cień wiatru”, gdyż właśnie ta wydawała m się najciekawsza. Muszę przyznać, że po tej lekturze mam mieszane uczucia, sama nie wiem, jak ją ocenić. Z jednej strony bardzo mi się podobała, a z drugiej nie…
Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón   Barcelona, 1945r. Ojciec dziesięcioletniego Daniela Sempere zaprowadza syna do tajemniczego miejsca, zwanego Cmentarzem Zapomnianych Książek, gdzie zgodnie z tradycją chłopiec ma wybrać jedną powieść, którą ocali od zapomnienia. Daniel wybiera „Cień wiatru” autorstwa Juliana Caraxa, człowieka tajemniczego, o którym niewielu ludzi słyszało i nie wiadomo, co jest faktem, a co mitem… Chłopiec próbuje odnaleźć jego pozostałe książki oraz poznać mroczny sekret. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie rozpoczyna się wielka przygoda, która potrwa wiele lat…
   Jak już pisałam wcześniej, trudno jednoznacznie ocenić „Cień wiatru”. Powieść zaczęła się interesująco, a potem nagle wartka akcja gdzieś zniknęła i właściwie już chciałam przestać ją czytać. Stwierdziłam jednak, że się nie poddam, chociażby po to, by móc napisać recenzję. Okazało się, że podjęłam słuszną decyzję, ponieważ właśnie od tego momentu, czyli około połowy książki, znów zrobiło się ciekawie i historia ta naprawdę mnie wciągnęła. Rzeczywiście w „Cieniu wiatru” jest coś wyjątkowego, co nie pozwala zapomnieć o tej książce, ale jednocześnie niektóre rzeczy niszczą czar i ten niezwykły klimat.
   Książka intryguje, momentami wzrusza, a nawet czasem bawi czytelnika. Zawiera w sobie ogromną ilość wątków, które później autor zgrabnie połączył w logiczną całość. To bardzo przejmujące historie, o ludziach tak naprawdę nieszczęśliwych. Nienawidzą, zabijają, popełniają błędy, są tragicznie zakochani i ranią tych, którzy ich kochają. Wychodzi z tego taki łańcuch wydarzeń, doprowadzających do wielu tragedii. Każdy z tych bohaterów ma szczęście tuż obok siebie, ale odrzuca je, bo uważa, że jest ono gdzie indziej. Powieść świetnie pokazuje, jak jeden przedmiot może zmienić życie człowieka i jakie szkody powoduje spotkanie się ludzi, którzy nigdy nie powinni się spotkać…
   Niektórzy bohaterowie są bardzo ciekawi, chociażby niezwykle zabawny Fermin, żebrak, który otrzymał szansę powrotu na lepszą drogę. Julian to również intrygująca postać, tak samo Nuria i oczywiście nie tylko oni. Niestety, niektóre ich zachowania denerwowały mnie, bo sami na siebie sprowadzali klęski i gdyby chociaż w pewnym momencie zawrócili, ale nie, oni nie byli w stanie zrozumieć, że niszczą życie sobie i innym. Poza tym często zachowywali się tak… nieludzko, wręcz jak zwierzęta, co budziło trochę niesmak. Szkoda, że w pierwszej połowie powieści były momenty, gdy się nudziłam, zniszczyły one nieco urok „Cienia wiatru”, a poza tym, wracając do bohaterów, niektórzy również zepsuli tę magię, chociażby Klara, czy Bea. Nie pasowały według mnie do całości.
   „Cień wiatru” jest historią o odkrywaniu tajemnic z przeszłości, o dramacie ludzi, których losy niepotrzebnie się połączyły, przyniosło to im zgubę. Sam tytuł również intryguje, każdy może odebrać go inaczej. Dowiedziałam się, że Zafon napisał kolejne części „Cienia wiatru” i sama nie wiem, czy po nie sięgnę, może za jakiś czas… Musicie sami przeczytać tę powieść, by ją ocenić. Jestem w stanie zrozumieć tych, którzy są nią zachwyceni, ale także tych, którzy się rozczarowali…

piątek, 1 listopada 2013

Opowieści ciąg dalszy - "Królewski zwiadowca"

    Na 12 księgę "Zwiadowców" Johna Flanagana, pt.: "Królewski zwiadowca" czekałam z niecierpliwością bardzo długo. Zastanawiałam się, czym jeszcze autor zaskoczy czytelników. Fabuła była utrzymywana w tajemnicy, co tylko podsycało ciekawość. Już dzień przed oficjalną polską premierą miałam okazję zabrać się do lektury, oczywiście z wielkimi oczekiwaniami. Jakie są moje wrażenie? Zdecydowanie nie zawiodłam się, chociaż spodziewałam się czegoś innego...
    Mija kilkanaście lat od wydarzeń opisany w "Cesarzu Nihon-Ja" , a Araluen przeżywa czas zmian. Król Duncan jest ciężko chory, a jego obowiązki przejęła Cassandra wraz z mężem Horace'em. Para ma także kłopoty ze swoją dorastającą córką Madelyn. Chyba tylko Halt i Pauline wiodą w miarę spokojne życie. Jednak najtrudniejsze chwile czekają Willa. Mężczyzna po wielkiej tragedii nie potrafi pogodzić się z losem, nie widzi sensu ani celu życia, zaniedbuje swoje obowiązki. Przyjaciele zastanawiają się, jak mu pomóc i wpadają na świetny pomysł - trzeba znaleźć mu ucznia...
    Na początek chciałabym znów wyrazić moje uznanie dla Flanagana. Naprawdę go podziwiam: za wytrwałość, wyobraźnię, pomysłowość i zaangażowanie w historię Willa oraz jego przyjaciół. Już 12 części za nami, a także 3 tomy "Drużyny" rozgrywającej się w tym samym świecie. Bardzo się cieszyłam, gdy przeczytałam, że w 2014 roku ukaże się kolejna część "Zwiadowców". Portale literackie twierdziły przecież, że to już koniec. Na szczęście autor znowu pozytywnie nas zaskoczył. To była wspaniała wiadomość.
    Wracając do "Królewskiego zwiadowcy" - znowu jestem zachwycona okładką, tą grą kolorów, tajemniczością, krajobrazem - po prostu piękna. Wiele osób krytykuję tę część, mówi, że to już nie to samo, ale przecież oczywiste, że autor musi coś zmienić! Przyznam, że trochę mi przykro, iż Flanagan za mało skupił się na postaciach z poprzedniej części, wydaje mi się, że 12 księga to już początek nowej historii. Trzeba jednak zrozumieć autora - szuka nowych pomysłów, chce coś zmienić, wprowadza nowych bohaterów. Maddie to bardzo ciekawa postać i od razu ją polubiłam, przypomina trochę swoją matkę, ale co najważniejsze - pierwszy raz w historii uczniem zwiadowcy zostaje dziewczyna. Ciekawy pomysł, przecież czytelnicy czekali na to, często spotykałam się z opiniami, że zwiadowcą powinna zostać kobieta. Wielu czytelników narzeka, że ta część jest podobna to pierwszej. To prawda, ale myślę, iż wynika to z tego, że właśnie zaczyna się inna opowieść.
    Książka znowu wzrusza, bawi, daje do myślenia i niesamowicie wciąga! Na czytelników czeka kolejna porcja tajemnic. Wątek Bajarza i Tego Który Przychodzi Nocą bardzo mnie zaintrygował i bardzo się zdenerwowałam, gdy w najciekawszym momencie musiałam odłożyć powieść i wrócić do nauki. Takiego wątku jeszcze nie było, można powiedzieć, że to właściwie kryminalna zagadka. Jeszcze zanim zaczęłam czytać, myślałam, że Will znowu będzie przeżywał przygody z Haltem, Gilanem, Evanlyn, Skandianami. Tych ostatnich też mi brakowało, przecież są świetni!!! Jednak głównymi bohaterami są właściwie tylko Will i Maddie. Pomimo tego to piękna historia, każdy z nich może pomóc temu drugiemu, każdy z nich ma jakiś problem, każdy się zmienia, uczy czegoś. "Królewski zwiadowca" mówi nam, że mimo wszystko warto żyć, dla siebie, dla innych. Opowiada o odzyskiwaniu chęci do życia, odnajdywaniu jego celu. W najtrudniejszych sytuacjach potrzebna jest obecność drugiego człowieka, samotność podczas przeżywania tragedii jest straszną rzeczą.
    Powieść mówi nam także o tym, że nie możemy pozwolić, by ktoś nas zaszantażował. Jeśli dzieje się coś złego, musimy mówić, bo w ten sposób jesteśmy w stanie komuś pomóc, a także sobie. Strach jest trudnym przeciwnikiem, ale można z nim walczyć i przezwyciężyć go. Tajemnice są po to, aby je odkrywać, a nie unikać ich. Warto o tym pamiętać.
    "Królewskiego zwiadowcę" polecam każdemu, gdyż wydaje mi się, że nie trzeba znać poprzednich części, aby zapoznać się z tą. Oczywiście bardzo zachęcam do sięgnięcia po pozostałe księgi, naprawdę warto, bo w tej serii jest coś wyjątkowego i nie ważne, czy podobne historie już kiedyś ktoś wymyślił, ta jest inna. Mnie ogromnie zachwyciła, oczarowała swoją fabułą (akcja rewelacyjna, bohaterowie sympatyczni). Koniecznie musicie przeczytać!!!

Czytelnicy