środa, 16 sierpnia 2017

"Piękne Istoty" - Kami Garcia, Margaret Stohl

TYTUŁ: PIĘKNE ISTOTY
SERIA: KRONIKI OBDARZONYCH #1
AUTOR: KAMI GARCIA, MARGARET STOHL
TŁUMACZ: IRENA CHODOROWSKA
WYDAWNICTWO: ŁYŃSKI KAMIEŃ
LICZBA STRON: 536
ROK WYDANIA: 2010
MOJA OCENA: 10/10

Czy macie czasami dość swojej miejscowości? Wydaje się ona taka spokojna, nudna, nic ciekawego się nie dzieje, rutyna. Takie zdanie ma o Gatlin Ethan Wate, bohater powieści „Piękne Istoty” autorstwa Kamii Garcii i Margaret Stohl. Dopiero po długim czasie przekonuje się, jak bardzo się mylił. Od miesięcy śni mu się dziewczyna, której nigdy nie spotkał. Pewnego dnia widzi ją na szkolnym korytarzu i nie może przestać o niej myśleć. Nie wiadomo skąd przybywa, ale jest inna niż pozostałe dziewczyny. To siostrzenica tajemniczego Macona Ravenwooda, na dodatek skrywa klątwę ciążącą na jej rodzinie. Jeden sekret niesie ze sobą kolejne zagadki, a małe miasteczko już nigdy nie będzie takie jak kiedyś...

Przygodę z „Pięknymi Istotami” zaczęłam już kiedyś od drugiej części, ale bez znajomości pierwszej ciężko było się połapać w tym wszystkim. Później postanowiłam zacząć przygodę od nowa, od pierwszego tomu. To paranormal romance, ale nie taki jak reszta. Różni się przede wszystkim tym, iż ma bogatą, niebanalną fabułę, różnorodne postacie i niepowtarzalny, magiczny klimat. Naprawdę ciekawa powieść, której nie chce się odkładać na półkę. Potrafi zainteresować czytelnika, oczarować go. Gdyby wszystkie paranormal takie były, uwielbiałabym je. „Dajcie to fanom Zmierzchu” – głosi napis na okładce. Przecież „Piękne Istoty” są nieskończenie więcej razy lepsze, to zupełnie inna liga! Właśnie one zasługują na miano światowego bestsellera.

Książka wyjątkowa, ma w sobie „to coś”. Akcja w ogóle się nie dłuży, wszystkie tajemnice zostają odkrywane powoli, przez cały czas, a nie tylko na końcu. Przerażające bagna, stare cmentarzyska, budzący grozę dwór Ravenwoodów potęgują mroczny, gotycki nastrój. Opisy są bardzo ciekawe, styl autorek idealny jak na powieść dla młodzieży. Nie potrafię znaleźć jakichś wyraźnych minusów, znaczących wad. Nie mogę też powiedzieć, że czegoś mi w niej brakowało, gdyż uważam, że w tej powieści wszystko jest wyważone, brak przesady w jakąkolwiek stronę. Zaletą i nowością jest również to, iż narratorem jest chłopak, Ethan. Podobało mi się nawiązanie do wojny secesyjnej i wizje z przeszłości, która ma ogromny wpływ na teraźniejszość. Książka wiele na tym zyskała, powstała jakaś niepewność, kolejna mroczna zagadka.

Bardzo współczuję Lenie, dziewczyna ma naprawdę ciężkie życie. Przeprowadzki, nieakceptacja ze strony rówieśników, kpiny. Nastolatka nie jest w stanie w pełni kontrolować swoich mocy, szczególnie w chwilach złości, żalu, rozpaczy. Obawia się, że jej życiem rządzi przeznaczenie, a ona nie ma w tej kwestii żadnych wpływów. Wie, że nigdy nie będzie mogła być tak do końca szczęśliwa. Postać Macona niezmiernie intryguje – samotnik, odizolowany od świata, z pozoru obce mu uczucia. A może po prostu był zmuszony zrezygnować z nich? Warto także zwrócić uwagę na Ridley, straszną manipulantkę i okrutną Istotę Ciemności. Jednak nie można o niej powiedzieć tylko, że jest zła. To o wiele bardziej skomplikowana postać. Czytelnicy poznają też Linka, wzór dobrego przyjaciela, troskliwą, przesądną ale niepozbawioną tajemnic Ammę oraz przewrażliwioną, zbyt ostrożną i surową panią Lincoln. Na nudę narzekać nie można.

Książka mówi o tym, że każdy wybór ma swoje konsekwencje, plusy i minusy. Porusza także wiele trudnych tematów, takich jak odrzucenie, samotność. Bohaterowie nie potrafią poradzić sobie sami z niektórymi problemami. Lena wychowuje się bez rodziców: ojciec nie żyje, a matka jej nie kocha i potrzebuje tylko do odwiecznej walki. Ethanowi zmarła ukochana mama, zaś tata od tego czasu zamknął się w pokoju, twierdząc, że pisze. Ma on bardzo poważne kłopoty z psychiką. Czytelnicy dowiedzą się też, że ukrywanie pewnych tajemnic, aby kogoś chronić, może okazać się bardzo złym pomysłem, fatalnym w skutkach. Uświadamia nam także, jak ważna jest w naszym życiu obecność drugiej osoby, przyjaźń, miłość. Bez wsparcia jesteśmy słabi, nie widzimy sensu życia.


„Piękne Istoty” polecam właściwie wszystkim, nawet tym, którzy nie lubią książek tego typu. Warto także wiedzieć, że powieść została zekranizowana. Film również mi się podobał, aczkolwiek różni się od pierwowzoru. Wiele scen nie zostało w nim zawartych, reżyser dużo pozmieniał, ale nie mogę powiedzieć, żeby efekt był zły. Szkoda tylko, że wydawnictwo nie wydało ostatniej, czwartej części serii, na szczęście pozycja jest dostępna w języku angielskim i z pewnością ją przeczytam. Po polsku wydano za to książki o niektórych bohaterach z tej serii.

piątek, 11 sierpnia 2017

"Ross Poldark" - Winston Graham

TYTUŁ: ROSS POLDARK
SERIA: DZIEDZICTWO RODU POLDARKÓW #1
AUTOR: WINSTON GRAHAM
TŁUMACZ: TOMASZ WYŻYŃSKI
WYDAWNICTWO: CZARNA OWCA
ROK WYDANIA: 2016
LICZBA STRON: 463
MOJA OCENA: 6/10

Winston Graham jest autorem wielu powieści z tłem historycznym, ale w Polsce jego twórczość zaczęła się ukazywać dopiero od zeszłego roku. Najsłynniejszym jego dziełem jest cykl "Dziedzictwo rodu Poldarków" i to właśnie on jest aktualnie wydawany w Polsce. Na jego podstawie powstał zresztą serial BBC "Poldark - Wichry losu". Pierwszą część serii, zatytułowaną "Ross Poldark" miałam właśnie okazję przeczytać. Czy rzeczywiście okazała się ona wielowątkową epicką opowieścią?

Kornwalia, rok 1783, Ross Poldark po krwawej wojnie w Ameryce powraca do Wielkiej Brytanii. Swoich bliskich widział bardzo dawno temu. Niestety, spotkanie nie jest tak szczęśliwe, jak mogłoby się wydawać. Ojciec mężczyzny nie żyje, majątek popadł w ruinę, a na domiar złego kuzyn planuje ślub z jego ukochaną. Ross musi jednak szybko wziąć się w garść i ciężko pracować, aby ocalić rodzinny majątek. Cały czas nie potrafi niestety zapomnieć o Elisabeth. Któregoś dnia spotyka na jarmarku ubogą dziewczynę, która doświadcza w domu przemocy i wielu okrucieństw. Ross postanawia zabrać ją do siebie. Czy zmieni to jego życie?

Książkę czytało się bardzo szybko, aczkolwiek zdarzały się momenty, które nieco mnie nudziły. Jednak pomimo wszystko historia zainteresowała mnie i cały czas byłam ciekawa, co dalej się wydarzy. Istotne jest również to, że właściwie w ogóle nie czuć, iż powieść została napisana kilkadziesiąt lat temu. Czytelnika nie dręczy bowiem trudny język, przestarzałe zwroty itp. Może momentami opisy są przydługawe, ale akcja cały czas gna, a wszystko okraszone jest naprawdę dobrymi dialogami.

Niestety, powieść trochę zawiodła moje oczekiwania. Spodziewałam się większej ilości wątków, intryg itp., a tymczasem wszystko jest jakieś takie okrojone. Możliwe, że w kolejnych częściach fabuła stanie się bardziej rozbudowana, ale szczerze mówiąc, z tego, co wiem o następnych tomach, wydarzenia zaczynają przypominać te rodem z "Mody na sukces", a też nie o to przecież chodzi. Brakowało mi też jakichś głębszych emocji, budowania napięcia, nagłych zwrotów akcji, nieprzewidywalności.  Relacje między bohaterami mogłyby być również lepiej przedstawione, czasami brakowało mi tam iskry. Jestem ciekawa, czy serial wypada lepiej.

Jeśli chodzi o bohaterów to bardzo polubiłam Demelzę. Była ciekawą postacią, nietuzinkową, niby wieśniaczka, ale inteligentna. Ross za to wydał mi się trochę nijaki. Właściwie niewiele o nim wiadomo. Niby kochał Elisabeth i zabolał go jej ślub, ale w te jego uczucia trochę ciężko uwierzyć. Polubiłam za to Jinny, która chciała przeciwstawić się rodzinie, a poza tym była bardzo sympatyczna. Pozostali jakoś nie wzbudzili we mnie większych emocji. Możliwe, że w kolejnych częściach i ta kwestia wypada lepiej.

O czym jest ta powieść? Przede wszystkim o determinacji, dążeniu do celu, rodzinnych więzach, miłości, zranionych uczuciach. Uświadamia nam, że czasami przypadek może zadecydować o całym naszym dalszym życiu. Mówi również o tym, że niekiedy szczęście jest tuż obok nas i nie zawsze to, czego pragniemy, jest dla nas dobre. Jeśli zatem lubicie tego typu opowieści, osadzone w dawnych czasach, jest szansa, że książka spodoba się wam. Osobiście sama nie wiem, czy sięgnę po dalsze części. Trochę się ich boję. Może za to skuszę się na serial.

wtorek, 8 sierpnia 2017

"Kwitnący krzew tamaryszku" Wanda Majer-Pietraszak

TYTUŁ: KWITNĄCY KRZEW TAMARYSZKU
AUTOR: WANDA MAJER-PIETRASZAK
WYDAWNICTWO: MUZA
ROK WYDANIA: 2015
LICZBA STRON: 560
MOJA OCENA: 5/10

Przyjaźń jest bardzo ważna w życiu każdego człowieka. Czasami mówi się nawet, że może być silniejsza i trwalsza niż miłość. Niestety, wcale nie tak łatwo znaleźć przyjaciół, którzy rzeczywiście będą z nami na dobre i złe, którzy będą darzyli nas uczuciem pozbawionym egoizmu, zazdrości itd. Takie szczęście spotkało jednak bohaterki powieści autorstwa Wandy Majer-Pietraszak, pt.: "Kwitnący krzew tamaryszku".

Myszka, Basia, Iwona i Jaśka przyjaźnią się od czasów szkolnych. Zbliża się właśnie zjazd absolwentów, a więc okazja do spotkania, powspominania, oderwania się od codzienności. Przez lata w życiu tych kobiet wiele się zmieniło. Pozostała jednak łącząca je przyjaźń. Basia, pielęgniarka, wyszła z alkoholizmu, ale po śmierci męża jej cała uwaga skupiona jest na roli "młodocianej babci". Jaśka, architekt, spełnia się zawodowo za granicą. Iwona, aktorka, nie potrafi znaleźć mężczyzny, który byłby kimś więcej niż przelotnym kochankiem. Myszka, malarka, musiała porzucić swoją pasję z powodu męża, który zresztą nagle oznajmia jej, że odchodzi. Kobieta postanawia przenieść się do małej miejscowości i tam ułożyć sobie życie. Czy ona oraz jej przyjaciółki odnajdą szczęście?

Niestety, mam mieszane uczucia co do tej książki. Oczekiwałam ciepłej, urokliwej opowieści o sile przyjaźni, podnoszeniu się po przykrych doświadczeniach, a tymczasem otrzymałam bardzo niedopracowaną jeszcze powieść. Przede wszystkim książkę momentami ciężko się czytało. Autorka za bardzo rozwlekała niektóre sytuacje, pojawiło się dużo niepotrzebnych scen i czasem zwyczajnie się nudziłam. Na szczęście później wreszcie coś ruszyło, zaczęło się dziać, akcja się rozwinęła i nie odczuwałam już znudzenia. Irytowały mnie jednak nadal zbyt długie opisy. Miałam wrażenie, że autorka nie potrafiła zachować w tej kwestii umiaru. Styl, jakim została napisana ta powieść, również nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, brakowało mu lekkości. Trudno mi było także połapać się w tych nagłych przeskokach czasu, niekiedy o kilka albo i więcej lat, właściwie nawet nie wiadomo o ile.

Kolejnym problemem jest naiwność tej historii. Wiele zdarzeń było kompletnie nierealnych. Poza tym bohaterki zachowywały się czasem jak trzynastolatki, a przecież w momencie rozpoczęcia powieści miały przynajmniej te 35 lat. Ile dokładnie, tego niestety nie wiemy. Oczywiście nie twierdzę, że dojrzałe kobiety mają być poważne itp., ale nie są przecież tak infantylne i naiwne. Wracając do tych wydarzeń, to nierealne, że ktoś przy zdrowych zmysłach po chwili znajomości, krótkiej rozmowie wyznaje miłość, chce się żenić itd. Ta relacja między pewną dwójką bohaterów była kompletnie niewiarygodna. Poza tym bohaterki całkowicie ufają nieznanym osobom, adopcja odbywa się bardzo szybko, podpalenie domu to dla nich nic takiego. Czasami naprawdę byłam w szoku.

Co do bohaterów, polubiłam Iwonę, bo była dość trzeźwo myślącą osobą, konkretną, nieco zabawną. Basia może trochę nijaka, ale czasami potrafiła pokazać pazur. Jasia właściwie była tu postacią epizodyczną. Irytowała mnie za to Myszka, która właściwie jest główną bohaterką całej historii. Zaprasza zakochanego faceta na święta właściwie tylko po to, żeby się z nim przespać, a on biedny myśli, że ona chce z nim się związać. To oczywiście nie jedyne jej dziwne zachowanie. Nie potrafiłam zrozumieć i zaakceptować jej poczynań. Moją sympatię wzbudził za to pan Roman, Michał (choć zachowuje się absurdalnie) i... pies.

Pomimo tych wszystkich niedociągnięć, można jednak odnaleźć w książce coś, co nam się spodoba. Przede wszystkim jest to bardzo urokliwa opowieść, taka swojska, przyjemna. Poza tym można aż pozazdrościć głównym bohaterkom tej przyjaźni, naprawdę każdy chciałby mieć takie bratnie dusze. Oprócz tego jest to książka o tym, że na szczęście nigdy nie jest za późno i warto do niego dążyć w każdym wieku i po każdych przejściach. Komu zatem może spodobać się "Kwitnący krzew tamaryszku"? Osobom, które poszukują wakacyjnej lektury i nie zamierzają spodziewać się po niej nie wiadomo czego. Mnie ta powieść nieco rozczarowała, ale w którymś momencie naprawdę zaczęły mnie interesować losy bohaterek i chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej. Wielbiciele powieści obyczajowych dla kobiet, gotowi przymknąć oko na pewne wady, możliwe, że będą zadowoleni z lektury.

środa, 2 sierpnia 2017

"Ostatni pociąg do Babylon" Charlee Fam


TYTUŁ: OSTATNI POCIĄG DO BABYLON
AUTOR: CHARLEE FAM
TŁUMACZ: ZUZANNA BYCZEK
WYDAWNICTWO: JAGUAR
ROK WYDANIA: 2015
LICZBA STRON: 319
MOJA OCENA: 8/10

W telewizji, internecie bardzo często słyszymy o samobójstwach. Niestety, prawdopodobnie większość z nas znała kogoś, kto je popełnił. Zazwyczaj dotyczy to młodych osób, choć nie ma na to reguły. Czasami samobójstwo popełniają osoby, które sugerowały, że to zrobią, innym razem osoby, po których w ogóle byśmy się tego nie spodziewali. Dlaczego niektórzy odbierają sobie życie? Czy można temu zapobiec, uchronić ich przed tym, a może ocalić także siebie? Tą tematyką postanowiła zająć się Charlee Fam w poruszającej powieści "Ostatni pociąg do Babylon".

Poznajcie Aubrey Glass. Dziewczyna posiada całą kolekcję własnych listów pożegnalnych. Nie jest jeszcze pewna, czy chce odejść, ale czasem przechodzi jej to przez myśl i ma wrażenie, że kiedyś alkohol już jej nie pomoże poradzić sobie z tym wszystkim. Niestety, któregoś dnia na samobójstwo decyduje się Rachel, jej ex-przyjaciółka. Przed śmiercią nagrywa dla Aubrey wiadomość na pocztę głosową. Dziewczynie jedni współczują, a inni obwiniają ją o śmierć Rachel. Nikt jednak nie wie, z jakimi demonami walczy każdego dnia. Czy wizyta w rodzinnym mieście pomoże Aubrey? A może wręcz przeciwnie, przyczyni się do jej ostatecznego upadku?

Książka została napisana bardzo wiarygodnie. Nie jest sztuczna, ani dramatyczna na siłę, nie wciska nam także morałów. Nic z tego. Jest to po prostu historia, która może rozgrywać się tuż obok nas. Może nawet uczestniczymy w niej, a może ktoś, kogo znamy. To zarazem bardzo trudna lektura, skłaniająca do refleksji, do uważniejszego obserwowania tego, co dzieje się wokół. Może styl Charlee Fam nie jest jeszcze idealny, ale potrafi tworzyć świetne opisy przeżyć i dialogi. Zresztą myślę, że na drobne mankamenty można w tym przypadku przymknąć oczy. Liczy się przede wszystkim treść.

"Ostatni pociąg do Babylon" to ogromna dawka emocji. Książka porusza, wstrząsa, ale nie ma w niej przesady, przerażających opisów itp. Autorka skupia się na uczuciach bohaterki, jej wspomnieniach, na wydarzeniach, które mogą doprowadzić do czegoś bardzo złego. Pokazuje cierpienie, które ktoś dusi w sobie, bo się boi, bo się wstydzi, bo ma wrażenie, że nikt go nie rozumie, bo zawodzą nawet najbliżsi. Przeżycia Aubrey są tak realne, dotykające czytelnika, powodujące, że rodzi się współczucie dla tej dziewczyny, a zarazem wiara, że uda jej się przetrwać.

Autorce udało się naprawdę doskonale wykreować bohaterów. Są wiarygodni, niejednoznaczni. Aubrey jest postacią, której czytelnik od początku kibicuje. Jej dusza ma wiele ran, ale dziewczyna mimo wszystko ma charakter. Potrafi dosadnie odpowiedzieć, potrafi zrobić komuś na złość, potrafi się odegrać. Nie potrafi tylko poradzić sobie z przeszłością. Intrygującą postacią jest Rachel. Budzi ona mieszane uczucia, ciężko ją rozszyfrować i ocenić. Tak samo jest w przypadku Adama. Czytelnik może odczuwać złość na niego, ale zarazem mu współczuje. Szkoda tylko, że tak mało jest tu Danny'ego. Chciałabym poznać jego uczucia, dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Powieść opowiada nie tylko o problemie samobójstwa i jego motywach, ale także o wielkich krzywdach, które mogą zniszczyć człowieka. Mówi o toksycznej przyjaźni, zdradzie najbliższych, niezrozumieniu. Porusza także temat poczucia winy. Czy możemy czuć się winni za własne krzywdy? A czy możemy być winni czyjegoś samobójstwa? Czasami ciężko powiedzieć, kto jest ofiarą, a kto oprawcą. Niekiedy ofiara nie potrafi się przyznać do tego, że nią jest. "Ostatni pociąg do Babylon" uświadamia nam, że od przeszłości nie da się uciec, ale można z czasem pogodzić się z nią i zacząć żyć dalej.

Cieszę się, że Charlee Fam nie wybrała prostych rozwiązań. Pokazała, że czasami jest za późno, aby naprawić niektóre krzywdy, za późno, by odnowić niektóre relacje, ale nigdy nie jest za późno, by się podnieść i wybrać życie. Zakończenie tej powieści pozostawiło jednak pewien niedosyt i właściwie liczyłam na to, że powstała kolejna część, ale póki co nie znalazłam takiej informacji. Szkoda. Mogę jednak tę książkę polecić każdemu, bo nie jest to żadna banalna powieść obyczajowa, ani łzawa historia o miłości. To poważna książka, z którą każdy powinien się zapoznać.

sobota, 29 lipca 2017

"November 9" Colleen Hoover

Podobny obrazTYTUŁ: NOVEMBER 9
AUTOR: COLLEEN HOOVER
TŁUMACZ: PIOTR GRZEGORZEWSKI
ROK WYDANIA: 2016
WYDAWNICTWO: OTWARTE
LICZBA STRON: 331
MOJA OCENA: 9/10


Jakoś tak ostatnio mam szczęście trafiać na powieści, które poruszają problem miłości na odległość. "November 9" jest jednak książką autorstwa Colleen Hooover, a więc moje oczekiwania były naprawdę wysokie. Czułam, że nie będzie to banalna historyjka o miłości, ale zdecydowanie coś więcej. Właściwie nie wiem, dlaczego książka trafiła w moje ręce tak późno. Czy autorce udało się napisać kolejną rewelacyjną powieść?

Tytułowa data 9 listopada ma ogromne znaczenie dla Fallon i Bena, jest niejako częścią ich przeznaczenia. To właśnie wtedy, w drugą rocznicę traumatycznego wydarzenia w życiu Fallon, dziewczyna przypadkowo poznaje Bena, marzącego o karierze pisarskiej. Okoliczności są... bardzo nietypowe. Niestety, jeszcze tego samego dnia Fallon wyprowadza się do Nowego Jorku. Oczarowany nią Ben postanawia napisać powieść, której bohaterami będą właśnie oni. Historia ma opierać się na corocznych spotkaniach 9 listopada, przez pięć lat. Oprócz tego jednego dnia w roku nie mają mieć ze sobą żadnego kontaktu. Co z tego wyniknie? Czy Fallon i Ben będą w stanie określić, co jest fikcją, a co rzeczywistością? Jaki wpływ na wszystko ma ich przeszłość?

Ta powieść utwierdza mnie w przekonaniu, że uwielbiam twórczość Colleen Hoover. Owszem, zdarzają się jej czasem słabsze powieści, ale tempo ukazywania się jej kolejnych książek jest naprawdę imponujące, przy czym większość z nich jest naprawdę rewelacyjna. Bardzo podoba mi się styl Hoover. Pisze w taki sposób, że czytelnik jest wciągnięty w całą historię już od pierwszych słów. Jej opisy przeżyć wewnętrznych, różnych sytuacji, wyglądu, a także dialogi są naprawdę świetne. Całość czyta się niezwykle sprawnie i zazwyczaj taką książkę mam przeczytaną w jeden dzień. "November 9" pochłonęłam naprawdę szybko, bo po prostu nie mogłam się od niej oderwać.

Książka jest niezwykle ciekawa i wciągająca. Widać, że autorka ma dużo pomysłów, a oprócz tego świetnie buduje napięcie. Momentami z nerwów bolał mnie aż żołądek, a jednak nie zdarza się to aż tak często, jeśli chodzi o powieści. Poza tym to prawdziwa emocjonalna bomba. W tej książce odnajdziecie po prostu wszystkie możliwe emocje. Przy tym jest to bardzo wiarygodne, czytelnik "kupuje" tę historię. Hoover i tym razem nie zapomniała także o zaskakiwaniu czytelników. Wielu rzeczy kompletnie się nie spodziewałam i momentami byłam w wielkim szoku. Tutaj nie ma miejsca na przewidywalność, banalność, tu wydarzyć może się wszystko.

Jeśli chodzi o bohaterów, to wzbudzili oni we mnie wiele różnych uczuć. Naprawdę polubiłam Fallon i rozumiałam właściwie każdy jej czyn i bardzo mocno trzymałam za nią kciuki. Co do Owena, na początku również bardzo go lubiłam, ale później strasznie mnie zdenerwował. Byłam taka zirytowana, że pewnego razu nie odczytał prawdziwych intencji Fallon i nie zrozumiał, że chciała dobrze... A potem to już w ogóle namieszał. Ale pod koniec książki pojawiło się współczucie dla niego. Co do innych postaci to nie odgrywają tu aż takiej istotnej roli, jak bohaterowie drugoplanowi w niektórych innych powieściach Hoover. Poczułam jednak sympatię do Amber i Glenna, a także Kyle'a. Muszę jednak przyznać, że relacja między Fallon i Benem jest opisana naprawdę świetnie. Czuć, że iskrzy, ale wszystko jest bardzo specyficzne. Spotkania raz w roku, opisywanie wszystkiego w powieści, założenie, żeby oprócz 9 listopada żyć jak gdyby nigdy nic.

Jak wszystkie książki Hoover, i ta ma bardzo poważną tematykę. Miłość jest tu bardzo trudna, a nie słodka i banalna. Oprócz tego autorka znów porusza kwestię dramatycznych wydarzeń z przeszłości, które odciskają piętno na całym życiu. Mamy tu prawdziwą lawinę zdarzeń. Jedna tragedia powoduje kolejne. Czy ten tragiczny łańcuch można jakoś przerwać? "November 9" jest również opowieścią o kompleksach, braku pewności siebie, poczuciu winy. Nie brak jednak również pięknych, wzruszających momentów, odzyskiwania radości z życia, walki o marzenia, powolnej akceptacji siebie, wybaczania. Powieść mogę zatem polecić nie tylko fanom Colleen Hoover, ale wszystkim. którzy lubią niebanalną literaturę obyczajową.

piątek, 28 lipca 2017

"Odległość między tobą a mną" Jennifer E. Smith

Odległość między tobą a mnąTYTUŁ: ODLEGŁOŚĆ MIĘDZY TOBĄ A MNĄ
AUTOR: JENNIFER E. SMITH
TŁUMACZ: BEATA HRYCAK
WYDAWNICTWO: BUKOWY LAS
ROK WYDANIA: 2017
LICZBA STRON: 304
MOJA OCENA: 7/10

Pewnie każdy z nas zastanawiał się kiedyś nad tym, czy miłość na odległość ma jakiekolwiek szanse. Niektórzy z pewnością nawet doświadczyli tego. Problemem postanowiła zająć się także znana już w Polsce pisarka, Jennifer E. Smith i tak oto do rąk czytelników trafiła jej kolejna powieść "Odległość między tobą a mną". Czy książka przedstawia temat w sposób oryginalny?

Lucy mieszka na dwudziestym trzecim piętrze w nowojorskim wieżowcu. Jej rodzice ciągle podróżują, ale prawie nigdy nie zabierają ze sobą córki, chociaż dziewczyna bardzo chciałaby zobaczyć np. Paryż. Tymczasem Owen mieszka w suterenie, gdyż jego tacie udało się dostać pracę jako dozorca. Pytanie na jak długo. Po śmierci matki nic nie jest już takie jak dawniej... Któregoś dnia, podczas awarii prądu i fali upałów, Lucy i Owen zostają zamknięci w windzie. Nawiązują znajomość, ale wkrótce oboje zostają rzucani przez los po całym świecie. Czy kartki pocztowe wystarczą, aby utrzymać więź? Czy wyniknie z tego coś więcej?

Przede wszystkim muszę przyznać, że książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie. Jest to doskonała lektura na lato, tym bardziej zresztą, że cała historia zaczyna się właśnie od upałów. Jennifer E. Smith posługuje się lekkim, a zarazem bardzo płynnym stylem, dzięki czemu podróż przez tę książkę odbywa się w naprawdę zawrotnym tempie. Poza tym cała historia jest naprawdę bardzo ciekawa. Czytając ją, nie można się nudzić, bowiem cały czas coś się dzieje. Razem z bohaterami przemierzamy świat i jesteśmy rzucani w przeróżne miejsca. Książka zawiera bardzo dużo dialogów, dzięki czemu jest jeszcze bardziej dynamiczna. Nie znajdziecie tu długiego moralizowania, ani zbędnych opisów.

Polubiłam głównych bohaterów, a zwłaszcza Lucy. Nie było w ich zachowaniu nic irytującego, można było z zaciekawieniem śledzić ich poczynania i kibicować im. Szkoda tylko, że autorka nie opisała bardziej Owena. Widocznie jednak miał pozostać taki tajemniczy, ale chciałabym wiedzieć trochę więcej o jego przeszłości. Pozostałym postaciom autorka poświęciła chyba trochę mniej uwagi, Liam i Paisley są dla mnie kompletnie nijacy, choć może właśnie tacy mieli być, ale z drugiej strony całość jest przez to zbyt oczywista. Potencjał miała natomiast matka Lucy oraz ojciec Owena.

Czy książka wzbudziła we mnie dużo emocji? Na pewno momentami wzruszała, a momentami bawiła, ale szczerze mówiąc, czegoś mi w niej zabrakło. Cieszyłam się, że nie ma zbyt długich opisów otoczenia, ale akurat opisy emocji lubię. Poza tym liczyłam na to, że w książce będzie czuć tę iskrę między bohaterami. Niby jakaś była, ale chyba trochę za słaba. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść mi się podobała. A co z tą miłością? Nie narzucała się czytelnikowi, co wyszło zdecydowanie na plus. Jest gdzieś między wierszami, rodzi się powoli, nieświadomie. Czy potrafi przetrwać dużą odległość? Czasami powstaje wręcz wbrew niej!

Co do oryginalności, bardzo ciekawy był motyw z pocztówkami. Nie spotkałam się jeszcze z czymś takim, a kartki te budowały naprawdę interesującą relację między bohaterami i stały się też niejakim symbolem. Poza tym ten motyw życia w ciągłej podróży, braku stałego miejsca na ziemi również był ciekawy i ubarwiał całą książkę. Historia ta mówi nam zresztą o tym, że nasz dom znajduje się tam, gdzie są bliscy nam ludzie, a nie tam, gdzie jest budynek. Oprócz tego brawa dla autorki za pokazanie, jak bardzo zmienia się życie w mieście, gdy nagle zostaje odłączony prąd. Obnażyło to nasze przyzwyczajenie do wygody, nowoczesności i pokazało, że, gdyby np. w wyniku jakiejś katastrofy elektryczność została utracona, ciężko byłoby nam sobie poradzić. Interesujące są też relacje w rodzinach głównych bohaterów.

Książkę mogę polecić wszystkim, którzy szukają przyjemnej, a zarazem mądrej lektury na lato. To doskonała opowieść dla wielbicieli historii o podróżach, miłości, różnych kolejach losu. Nie jest pozbawiona wad, ale w ogólnym rozrachunku wypada bardzo dobrze. Nie należy spodziewać się po niej wielkich fajerwerków, lecz myślę też, że nie o to w niej chodzi i raczej nie powinna nikogo rozczarować.

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Forever Young Books

sobota, 8 lipca 2017

"Anne of Avonlea"


Z pewnością wiele osób, nawet tych, którzy uwielbiają całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza, nie zdaje sobie sprawy z tego, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku BBC postanowiło nakręcić serial na podstawie tych wspaniałych książek. W 1972 roku miała miejsce premiera serialu "Anne of Green Gables", niestety okazuje się, że taśma ze wszystkimi odcinkami gdzieś zaginęła i aktualnie nie ma możliwości zapoznania się z tym serialem, który podobno zbierał dużo pozytywnych opinii. Natomiast w 1975 roku nakręcono sequel pt.: "Anne of Avonlea", który składa się z sześciu odcinków, trwających po około pięćdziesiąt minut. Na szczęście one nie zaginęły i nadal można je obejrzeć, aczkolwiek tylko w wersji angielskiej. Czy warto?


Ania (Kim Braden) obejmuje posadę nauczycielki w szkole w Avonlea. Dzięki temu może zostać na Zielonym Wzgórzu i pomagać Maryli (Barbara Hamilton). Dziewczyna razem z Dianą (Jan Francis), Ruby (Kim Hardy), Gilbertem (Christopher Blake), Jane (Zuleika Robson) oraz innymi przyjaciółmi zakłada Koło Miłośników Avonlea. Tymczasem daleka krewna Maryli jest ciężko chora i prosi ją o zaopiekowanie się swoimi dziećmi. Czy Ania już na zawsze musi porzucić marzenia o uniwersytecie? I czy wreszcie spotka swój ideał mężczyzny?

Ucieszyłam się, że każdy odcinek trwa prawie godzinę, bowiem oznaczało to ekranizację niemal sześciogodzinną! Poza tym okazało się, że serial bazuje nie tylko na drugiej części serii o Ani, czyli "Ani z Avonlea", ale również trzeciej pt.: "Ania na uniwersytecie". Czy serial rzeczywiście jest wierny książkom? Okazuje się, że tak, toteż to prawdziwa gratka dla tych, którzy chcieliby obejrzeć wierną ekranizację dalszych przygód Ani. Pojawia się tu wiele postaci, o których nie wspominano w ekranizacjach Sullivana, a więc panna Lawenda, pan Harrison, Philippa, Tadzio, Tola, Roy Gardner, ciocia Kubcia, Paweł Irving itd. Poza tym byłam w szoku, że wiele nawet tych najmniej słynnych wydarzeń z książki również się tu pojawiło. Oczywiście można odnaleźć trochę różnic, ale nie rzucają się one w oczy i większość doskonale komponuje się z całością. W ostatnim odcinku twórcy trochę nakombinowali, ale raczej mi to nie przeszkadzało. Może jedna rzecz trochę mi nie pasowała, ale nie będę zdradzać szczegółów. Szkoda jedynie, że zapomniano o Stelli, a rolę Priscilli znacznie ograniczono.

Teraz kilka słów o bohaterach. Kim Braden w roli Ani wypadła całkiem wiarygodnie. Może nie do końca tak sobie wyobrażałam Anię, ale już charakter i zachowanie naprawdę pasują. Czasami tylko wydawało mi się, że jej gra jest zbyt teatralna Niektóre gesty, ton głosu, zachowania były odrobinę przesadne. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie Marylę, ale trzeba przyznać, że za to dokładnie tak wyobrażałam sobie jej zachowanie i jakoś szybko przyzwyczaiłam się do tej Maryli i bardzo ją polubiłam. Idealnie została za to przedstawiona pani Linde (Madge Ryan), pan Harrison (David Garfield), Roy Gardner (Anthony Forrest), Karol Sloane (Peter Settelen), Philippa (Sabina Franklyn). Rozczarowałam się trochę co do panny Lawendy (Kathleen Byron), bowiem wyglądała w serialu na starszą niż w rzeczywistości była, a w książce wyraźnie jest powiedziane, iż wyglądała młodo. Priscilla (Sandra Dickinson) niestety była irytująca, zwłaszcza jej głos. Wspaniale za to wypadł Christopher Blake jako Gilbert. Idealnie pasował do tej roli zarówno wyglądem, jak i grą aktorską.

Serial bardzo mi się podobał również dlatego, iż twórcom doskonale udało się oddać niezwykły klimat i urok Avonlea. Podczas oglądania odnosiło się zresztą wrażenie, że właśnie czyta się te książki. Jedyne do czego mogę jeszcze się przyczepić to długość niektórych scen. Mam wrażenie, że czasami pewne wydarzenia zostały rozwleczone w serialu, a inne przedstawione dość pobieżnie. Szkoda, że uniwersyteckie lata Ani to tylko dwa odcinki. Myślę, że lepsze byłoby równe podzielenie odcinków między te dwie książki. "Ania z Avonlea" nie była wcale dłuższa niż "Ania na uniwersytecie".

Serial jest wzruszającą opowieścią o marzeniach, przyjaźni, miłości, dążeniu do wyznaczonych celów. Poszczególne odcinki raz wzruszają, raz bawią, także emocji tu nie brakuje. Istotne jest także to, że to historia wielowątkowa, dzięki czemu widzowie się nie nudzą i każdy może znaleźć oraz wynieść z niej coś dla siebie. To obowiązkowy serial dla wszystkich fanów Ani, a zwłaszcza tych, którzy chcieliby obejrzeć ekranizację wierną książkowym pierwowzorom. Oczywiście może spodobać się również tym, którzy poza pierwszą częścią nie czytali serii o Ani.

Czytelnicy