poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ocalić od zapomnienia - edycja druga (nowe zasady!)


Pierwsza edycja mojego wyzwania zostanie już niebawem rozstrzygnięta, pojawi się podsumowanie, zwycięzca otrzyma nagrodę itd. Chciałabym przypomnieć wszystkim, żeby przesyłali linki do recenzji, bo niektórzy chyba kompletnie o tym zapomnieli :( Macie na to jeszcze trochę czasu.

Jednocześnie chciałabym zaprosić Was do wzięcia udziału w drugiej edycji wyzwania OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA. Postanowiłam nieco zmienić zasady tego wyzwania, żeby więcej osób było w stanie mu podołać.

O co chodzi w wyzwaniu
Wydaje mi się, że rzadko sięgamy po nieco starsze książki, a czasami są to naprawdę wspaniałe lektury. Wyzwanie ma popularyzować taką literaturę, toteż zadaniem osób biorących w nich udział jest czytanie książek wydanych w ubiegłych wiekach. Liczą się więc książki wydane po raz pierwszy nie później niż w 2000 r. (jeśli w Polsce zostały wydane później, ale za granicą wcześniej to też może być).

Zasady
Zmianą jest to, że takich książek w ciągu roku wystarczy przeczytać 12. Nie będzie to prześciganie się kto więcej. Każdy z uczestników raz w miesiącu ma przesłać link do recenzji książki, która spełnia warunki wyzwania. Jeśli przeczytaliście takich książek więcej to również podeślijcie linki, ale będą one traktowane po prostu dodatkowo. Wy wybieracie, która książka będzie w Waszej konkursowej dwunastce. Jeśli w jakimś miesiącu nie przeczytaliście żadnej takiej książki, w kolejnym możecie to nadrobić i przeczytać dwie. Ale tylko w następnym miesiącu!
Pod koniec roku z osób, które przeczytają te 12 książek wylosuję jedną, która otrzyma nagrodę.
Wyzwanie trwa od 1 stycznia do 31 grudnia 2015 r.
Tematyka i gatunek książek dowolne, poezja także pasuje do wyzwania.

Zapisy
Zgłaszajcie się w komentarzach pod tym postem.

Uczestnicy
Iza R.
Klaudyna Maciąg
Magdalena T.
Stella Aga

czwartek, 25 grudnia 2014

Życzenia oraz ranking książek przeczytanych w 2014 r.

Nie zdążę złożyć życzeń każdemu z osobna na Waszych blogach, dlatego piszę tutaj. Z okazji świąt chciałabym życzyć Wam dużo spokoju, zdrowia, miłości, cierpliwości i radości. Życzę także wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Dużo czasu na realizację swoich marzeń i pasji, mnóstwa ciekawych książek, wielu miłych niespodzianek, wytrwałości. Żebyście nigdy nie tracili nadziei i pogody ducha, potrafili wyjść z każdej trudnej sytuacji i dostrzegać w życiu to, co pozytywne. Odnajdźcie swoją drogę i cieszcie się każdym dniem.




A z tej racji, że powoli kończy się grudzień przedstawiam Wam książki, które szczególnie podbiły moje serce w 2014 r. :) Po kliknięciu na okładkę przejdziecie do mojej recenzji danej książki.

Sługa Imperium - Feist Raymond E.ElitaDrzewo migdałoweDrużyna. Tom 4. Niewolnicy z Socorro - Flanagan JohnHopeless - Hoover ColleenDrużyna. Tom 5. Góra Skorpiona - Flanagan John

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Zwierzenia kontestatora" Leszek Gnoiński, Marek Piekarczyk

TYTUŁ: ZWIERZENIA KONTESTATORA
AUTOR: LESZEK GNOIŃSKI, MAREK PIEKARCZYK
WYDAWNICTWO: SINE QUA NON
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 475
MOJA OCENA: 9/10

Myślę, że większość z was kojarzy Marka Piekarczyka, sympatycznego rockmana z TSA. Nawet jeśli nie znacie tego zespołu, to mogliście zobaczyć Piekarczyka w The Voice of Poland, w którym jest jurorem, a właściwie trenerem. To postać dość specyficzna, ale wywołująca raczej pozytywne uczucia. Miałam okazję być na jego koncercie, The Voice też oglądam, toteż bardzo chciałam przeczytać jego biografię pt. "Zwierzenia kontestatora".

Muszę przyznać, że naprawdę polubiłam biografie, bo można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o danej osobie, a także po prostu poznać interesującą historię z życia wziętą. Uwierzcie, że takie książki często czyta się równie dobrze jak fikcyjne powieści. Podczas lektury "Zwierzeń kontestatora" ani przez chwilę się nie nudziłam. Książka została napisana w formie wywiadu-rzeki i działa to na jej korzyść, bo czytelnik ma wrażenie, że to on rozmawia z Markiem Piekarczykiem i słucha historii jego życia. Ponadto całość świetnie uzupełniają liczne zdjęcia.

Biografia rzeczywiście jest bardzo szczera. Widać, że wokalista nie chce się wypromować dzięki niej, tylko po prostu opowiedzieć o całym swoim życiu, o swoich wzlotach i upadkach, zaletach i przywarach. Mówienie o sobie jest przecież wbrew pozorom bardzo trudną sztuką. Trzeba uważać, żeby nie powiedzieć za dużo, ale też nie za mało. Markowi Piekarczykowi się to udało. Jego historia naprawdę mnie zainteresowała, nie została napisana na siłę i można wiele z niej wynieść.

"Zwierzenia kontestatora" to opowieść o dzieciństwie, młodości, dorosłym życiu, karierze Marka Piekarczyka. Opowiada on o swojej rodzinie, młodzieńczym buncie, muzyce, pracy, głównej roli w Jesus Christ Superstar. Mówi co w jego życiu jest naprawdę ważne, jakie wartości są dla niego na pierwszym miejscu, jakie ma poglądy na wiele istotnych spraw. Dzięki książce możemy dowiedzieć się także czegoś więcej o The Voice of Poland, a także zapoznać się z nieznanymi tekstami i poezją Piekarczyka.

Biografia Marka Piekarczyka dostarcza czytelnikom nie tylko rozrywkę, ale i wiedzę historyczną. Mamy okazję dowiedzieć się jak wyglądało życie w PRL-u. To doskonała lekcja dla wszystkich młodych osób, które o tamtych czasach nie mają żadnego pojęcia i przyzwyczajone są do wygód oraz nowinek technicznych. Poza tym w książce znajdziecie także wiele informacji o rynku muzycznym w drugiej połowie XX wieku. Dowiecie się, co było wtedy na czasie, z jakimi problemami borykali się muzycy, kosztem jakich wyrzeczeń robili karierę.

Myślę, że "Zwierzenia kontestatora" to doskonała książka dla każdego fana Marka Piekarczyka, ale także dla osób, które interesują się muzyką i jej historią oraz lubią czytać o życiu w XX wieku. Wydaje mi się, że ta biografia każdego może czegoś nauczyć i sprawi, że spojrzymy na wiele spraw zupełnie inaczej niż dotychczas.

czwartek, 11 grudnia 2014

Ocalić od zapomnienia - listopad i grudzień

W komentarzach przesyłajcie: tytuł, autora oraz link do recenzji przeczytanej książki.

Dołączyć można w każdej chwili!

Zapisy oraz regulamin tutaj: http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/p/wyzwania-2014-r.html

poniedziałek, 8 grudnia 2014

"(Nie) mam się w co ubrać" Karolina Gliniecka

Charlize Mystery. (Nie) mam się w co ubrać - Gliniecka Karolina
TYTUŁ: (NIE) MAM SIĘ W CO UBRAĆ
AUTOR: KAROLINA GLINIECKA
WYDAWNICTWO: SINE QUA NON
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 352
MOJA OCENA: 8/10

Może niektórzy z Was kojarzą Charlize Mystery, czyli Karolinę Gliniecką, polską blogerkę modową, której stylizacje można znaleźć w różnych czasopismach. Charlize otrzymała także zaproszenie na Nowojorski Tydzień Mody. Natomiast całkiem niedawno została wydana jej powieść, będąca właściwie poradnikiem dla kobiet i źródłem wiedzy o modzie. Myślę, że większość z nas ma czasami problem z wyborem stroju i po prostu kompletnie nie wie, co ubrać. Jednocześnie każda chciałybyśmy wyglądać atrakcyjnie i uchodzić za osoby, które mają swój styl oraz dobry gust. Książka Karoliny Glinieckiej może więc okazać się ogromną pomocą.

Co możecie znaleźć w "(Nie) mam się w co ubrać"? Już na samym początku autorka daje czytelniczkom wiele praktycznych porad dotyczących doboru stroju do rodzaju sylwetki. Dzięki temu rozdziałowi możemy określić jaki mamy typ figury oraz dowiedzieć się, jakie ubrania nam pasują i jak za ich pomocą możemy podkreślić zalety i ukryć wady naszej sylwetki. Wydaje mi się, że taka świadomość jest podstawą i rzeczywiście każda kobieta powinna wiedzieć jakich ubrań szukać, a jakich się wystrzegać. Okazuje się, że dzięki odpowiednim ciuszkom można wyglądać zupełnie inaczej! Jeśli dziewczyna założy sukienkę o właściwym dla siebie kroju, nikt nie będzie przypuszczał, że ma np. chłopięcą figurę.

Kolejne rozdziały dotyczą poszczególnych części garderoby. Karolina Gliniecka opowiada o różnych rodzajach sukienek, spodni, koszul itd. Opowiada także co nieco o ich historii. Jednak co najważniejsze, znów informuje do jakiego rodzaju sylwetki pasuje dany typ np. spódnicy. Ponadto z tych rozdziałów możemy dowiedzieć się jak łączyć ze sobą ubrania i tworzyć gustowne stylizacje. Autorka pokazuje nam wiele sposobów na zastosowanie danej części garderoby. Czasami nawet nie przypuszczamy, że jakiś ciuch pasuje też do czegoś innego i możemy połączyć go zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Myślę, że takich propozycji na stylizacje mogłoby być jeszcze więcej. Oprócz tego Gliniecka wymienia zalety i wady poszczególnych kreacji i wspomina również o materiałach, z których wykonuje się dane ubranie. Niektóre z tych rozdziałów poświęcone są dodatkom, takim jak torebki, okulary, biżuteria itd.

Ostatnie rozdziały są również niezwykle przydatne. Charlize radzi, jak zrobić porządek w swojej szafie i jak odpowiednio posegregować i rozmieścić w niej rzeczy. Zauważa, że wielu ubrań w ogóle nie nosimy! Często wynika to z tego, że niektóre ciuchy lądują na dnie szafy, a na wierzchu mamy te, które nosimy na co dzień i które pasują prawie do wszystkiego. Tymczasem warto zupełnie inaczej wszystko poukładać, o czym możecie poczytać właśnie w tej książce. Autorka nie zapomina także o zakupach. Udziela wielu praktycznych porad, które mogą sprawić, że unikniemy wielu błędów i niepotrzebnie wydanych pieniędzy, a za to będziemy zadowolone z naszych łupów. Na koniec mówi nam także co każda kobieta obowiązkowo powinna mieć w swojej szafie oraz jak dobrać strój do danej okazji. Często mamy problem co ubrać na urodziny, w czymś pójść na randkę itp.

Czy "(Nie) mam się w co ubrać" jest przydatną książką? Myślę, że tak. Rady Charlize z pewnością pomogą niejednej kobiecie, chociaż muszę przyznać, że nie zawsze mogłam przyznać jej rację. Niektóre stylizacje według mnie nie do końca pasowały, ale może to tylko kwestia gustu. Niemniej jednak to niezwykle ważne, żebyśmy dobrze czuły się w tym, co mamy na sobie. Poza tym strój może innym wiele o nas powiedzieć. Wydaje mi się, że książka Karoliny Glinieckiej jest idealna dla osób początkujących, które dopiero zaczynają interesować się modą i zastanawiają się, co zrobić, aby wyglądać atrakcyjnie. To doskonały pomysł na prezent.

Za możliwość zrecenzowania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

niedziela, 30 listopada 2014

"Zapiski nosorożca" Łukasz Orbitowski

Okładka książki Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach AfrykiTYTUŁ: ZAPISKI NOSOROŻCA
AUTOR: ŁUKASZ ORBITOWSKI
WYDAWNICTWO: SINE QUA NON
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 256
MOJA OCENA; 8/10

Ostatnio miałam okazję przeczytać taką książkę, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam, a mianowicie "Zapiski nosorożca". Właściwie jest to dziennik z podróży Łukasza Orbitowskiego i jego przyjaciółki Agaty do Republiki Południowej Afryki, ale muszę przyznać, że kryje on w sobie coś więcej. To nie są suche fakty i zwykła relacja z wycieczki, tylko magiczna, wielowarstwowa opowieść o kontynencie, o którym mamy pojęcie dość nikłe.

Przede wszystkim już samo wydanie tej książki zachęca do sięgnięcia po nią. Okładka jest naprawdę intrygująca i można ją odczytać na wiele sposobów. Poza tym świetnie dobrano do niej kolorystykę. Za to w środku czytelnicy znajdą wiele zdjęć, zarówno tych kolorowych, jak i biało-czarnych, które poprzedzają każdy rozdział. Dzięki nim rzeczywiście możemy przenieść się na chwilę do Afryki i lepiej przeżyć tę opowieść.

"Zapiski nosorożca" są bardzo nietypowe i specyficzne. Myślę, że niewiele jest tego typu książek podróżniczych i może ta nie spodoba się każdemu, ale z pewnością znajdą się osoby, które dostrzegą jej urok i wyjątkowość. Orbitowski pisze niezwykle naturalnie, wydaje się, że on po prostu z kimś rozmawia i opowiada mu o swoich przeżyciach. Posługuje się dowcipem, ironią, wie jak zainteresować i zaintrygować czytelnika. Do opowieści wplata wiele własnych rozważań i spostrzeżeń, poza tym czuć, że jest bardzo zaangażowany w to, co robi. Naprawdę przyjemnie się czyta książki napisane przez osoby, które rzeczywiście mają jakieś pasje i chcą się nimi podzielić z innymi.

Autor pokazuje czytelnikom Afrykę pełną kontrastów. Z jednej strony fascynującą, o wielu walorach przyrodniczych, dziką i barwną, a z drugiej strony ubogą, zacofaną, wywołującą pewien smutek. Orbitowski opowiada nam o ludziach, których spotkał, o miejscach, które odwiedził, a także o przygodach, które go spotkały podczas tej podróży. Dzięki niemu mamy okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tamtejszej kulturze i obyczajach, zobaczyć jak wygląda życie ludzi na tym niezwykłym kontynencie. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w książce coś, co go zaskoczy. Może uświadomi sobie, że miał zupełnie inne wyobrażenia o Afryce?

"Zapiski nosorożca" uświadamiają nam, że Afryka to zupełnie inny świat, niż ten, który znamy, a jednocześnie tak podobny do niego. W gruncie rzeczy wszyscy ludzie mają wiele cech wspólnych, nawet jeśli z wyglądu całkowicie się różnią. W książce bardzo urzekły mnie także opisy przyrody i to, że autor zwraca wielką uwagę na zachowanie zwierząt. Fragmenty te były bardzo ciekawe i pokazują, że zwierzęta także mają swój świat, swoje obyczaje, prawa, które często są podobne do tych ludzkich. Ponadto warto zwrócić uwagę na niesamowite legendy, które pojawiają się między rozdziałami. Niekiedy są to inne wersje doskonale nam znanych opowieści. Skłaniają one do refleksji i są przepełnione metaforyką.

"Zapiski nosorożca" to wyjątkowa podróż do miejsca, które wielu osobom wydaje się tylko abstrakcją. Myślę, że warto przeczytać coś innego niż dotychczas, dowiedzieć się czegoś, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia, poznać odległe krainy. Możliwe, że książka przyczyni się do większego zrozumienia świata, skłoni do rozważań o życiu i ludziach, pozwoli odkryć urok codzienności, ale także docenić odmienność.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non!

środa, 19 listopada 2014

"Morze Spokoju" Katja Millay

TYTUŁ: MORZE SPOKOJU
AUTOR: KATJA MILLAY
WYDAWNICTWO: JAGUAR
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 456
MOJA OCENA: 8/10


Po tym jak "Hopeless" okazało się wspaniałą, poruszającą i pełną emocji książką, nie miałam wątpliwości, że "Morze Spokoju" również takie będzie. Recenzenci oceniali obie książki dość podobnie i z reguły jak najbardziej pozytywnie. I tutaj trochę się rozczarowałam. Nie zrozumcie mnie źle, "Morze Spokoju" jest książką godną uwagi, ale nie tak dobrą jak "Hopeless".

Żyję w świecie, pozbawionym magii i cudów. W tym miejscu nie ma jasnowidzów ani zmiennokształtnych, nie przybędą ci na pomoc anioły ani chłopcy, obdarzeni ponadnaturalnymi mocami. W tym miejscu ludzie umierają, muzyka rozpada się i generalnie wszystko jest do dupy. Czasami rzeczywistość tak mocno przyciska mnie do ziemi, że dziwię się, jakim sposobem nadal jestem w stanie oderwać od niej stopy.

Dwa i pół roku - tyle minęło od tragedii, która zamieniła Nastyę w cień samej siebie. Dziewczyna właśnie przeprowadziła się do innego miasta i chce za wszelką cenę ukryć swoją przeszłość. Nastya jest mistrzynią w trzymaniu ludzi na dystans. Ale jej plan działa tylko do momentu, w którym spotyka kogoś równie odizolowanego jak ona.

Historia Josha nie jest tajemnicą. W wieku siedemnastu lat został zupełnie sam. Kiedy twoje imię wydaje się być synonimem śmierci, ludzie zazwyczaj dają ci święty spokój. Tylko Nastya przekracza niepisaną granicę i stara się za wszelką cenę poznać każdy aspekt jego życia. Gdy trudna przyjaźń powoli przeradza się w uczucie, Josh zaczyna się zastanawiać, czy kiedykolwiek pozna sekret dziewczyny - i czy w ogóle tego pragnie.

Niestety, ale przez pierwszą połowę książki trochę się nudziłam... Akcja się wlekła i za mało było jakichś ciekawszych, emocjonujących wydarzeń. Może te odczucia wynikają z tego, że jestem osobą, która uwielbia jak w książce cały czas coś się dzieje. Dopiero później wszystko przyspieszyło i dzięki tej drugiej części całość wypada już całkiem nieźle. Powoli też rozkwitała więź między Joshem i Nastyą, co akurat mogłoby być ogromną zaletą, ale w tym przypadku naprawdę nieco nudziło. Oczywiście, że nie chodzi mi o to, że już na pierwszej stronie mieliby paść sobie w ramiona, ale mogłoby po prostu coś się dziać, cokolwiek. Przecież teoretycznie nawet zwykłe spojrzenia mogą być napisane w taki sposób, że wzbudzą ciekawość i emocje. Po prostu męczył mnie brak jakiejś konkretnej akcji.

Jestem także rozczarowana tym, że książka nie była szczególnie zaskakująca. "Hopeless" trzymało mnie w ogromnej niepewności, tajemnice były odkrywane stopniowo i powoli, tymczasem w "Morzu Spokoju" autorka właściwie już na początku wiele rzeczy ujawniła i wyjaśniła, przez co jedyne pytania, które może sobie zadawać czytelnik to, czy bohaterowie poradzą sobie ze swoją sytuacją i czy będą razem. Jak dla mnie to mało i czułam ogromny niedosyt. Przez długi czas brakowało mi również emocji, a ich przede wszystkich oczekiwałam od tej powieści. Dopiero od pewnego momentu zaczęły się pojawiać i wtedy już rzeczywiście zaczęłam przejmować się losami bohaterów i bardziej to wszystko przeżywać. Co do bohaterów, chyba najbardziej polubiłam Drew, z pozoru typowego bad boy'a, ale skrywającego pod tymi pozorami coś więcej. Moim zdaniem jest ciekawszą postacią niż chociażby Josh.

Mimo tych wszystkich wad, książka mi się podobała, po prostu nie wywołała nie wiadomo jakiego zachwytu. Liczyłam na więcej, ale i tak powieść okazała się dość wzruszająca, a co najważniejsze, nie stroni od poważnych tematów. Mówi o utracie sensu życia, zemście, samotności, rozpaczy. Jest świetnym portretem psychologicznym, a jeszcze niedawno takich powieści dla młodzieży było naprawdę mało. Jest to świetna odpowiedź na wszystkie błahe i głupiutkie książki, które nie wnoszą zbyt wiele do naszego życia i są wręcz stratą czasu.

wtorek, 11 listopada 2014

"Miasto 44" film (Jan Komasa) + książka (Marcin Mastalerz)

Przez długi czas zastanawiałam się, czy napisać tę recenzję. Film widziałam już ponad trzy tygodnie temu i po prostu nie byłam w stanie o nim pisać, bo mnie tak mocno zranił... Jednak ostatnio przeczytałam książkę napisaną na podstawie scenariusza, przeżywałam to wszystko od nowa i w końcu zdecydowałam się zrecenzować. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób może się ze mną nie zgadzać, bo film wzbudził spore kontrowersje i jedni są zachwyceni, drudzy wręcz przeciwnie, ale zobaczcie co mam o nim do powiedzenia.

Stefan Zawadzki (Józef Pawłowski) po śmierci ojca opiekuje się swoją matką i młodszym bratem. Któregoś dnia traci pracę w fabryce Wedla, za co czuje się winna jego przyjaciółka z dzieciństwa, Kama (Anna Próchniak). Dziewczyna obiecuje, że pomoże mu znaleźć nową posadę. Zapoznaje go również ze swoimi znajomymi z konspiracji i Stefan pomimo obietnicy złożonej matce, wkrótce dołącza do nich. Kamila skrycie jest zakochana w chłopaku, jednak on zwraca uwagę na jej przyjaciółkę, Alicję "Biedronkę" (Zofia Wichłacz). 1 sierpnia wybucha powstanie...

Film jest naprawdę wstrząsający... Nie pozwala o sobie zapomnieć, zostawia trwały ślad w pamięci i sercu. Budzi niepokój, strach, przerażenie, rozpacz... Dużo scen jest bardzo drastycznych, ale najgorsza jest ta świadomość, że tak rzeczywiście było, że to nie wytwór wyobraźni reżysera. Nie rozumiem osób, które twierdzą, że ten film oswaja ludzi z przemocą. To jakieś absurdalne stwierdzenie! Przecież efekt miał być i jest zupełnie odwrotny. "Miasto 44" pokazuje okrucieństwo wojny, pokazuje śmierć młodych ludzi, pokazuje cierpienie. Czy to naprawdę kogoś oswaja z przemocą?! Film nie mówi, że przemoc jest dobra, normalna itd.! A że jest nagromadzenie takich scen? Jak inaczej miałby wyglądać film wojenny? Jeśli kogoś nie przerażają rany, krew, ból, nienawiść to z pewnością nie jest to wina tej produkcji...

Teraz kilka o słów o ścieżce dźwiękowej i efektach specjalnych, bo te kwestie chyba wzbudzają najwięcej kontrowersji. Według mnie muzyka została dobrana odpowiednio do filmu. Pojawia się wiele starych utworów, ale także i nowsze, jak chociażby "Dziwny jest ten świat". Wielu osobom ta piosenka zupełnie nie pasowała do całości, ale ja się z tym nie zgadzam, była bardzo trafna do danej sceny. Spójrzcie przecież na tekst... Aczkolwiek jestem w stanie zrozumieć tych, którzy twierdzą, że do tego filmu pasują tylko utwory z tamtych czasów. Ja jednak jestem zdania, iż piosenka nie musi powstać w danym czasie, aby świetnie o nim opowiadać, czy też do niego pasować. Z kolei efekty specjalne również mi nie przeszkadzały, Wręcz przeciwnie. Przecież to, że akcja dzieje się podczas II wojny światowej nie oznacza, że nie można zastosować w filmie nowoczesnych technik. Według mnie one świetnie mogą służyć wzmocnieniu siły przekazu takiego filmu. Dla mnie te sceny miały metaforyczne znaczenie, zresztą sam reżyser twierdzi, że właśnie tak należy je odbierać. Na przykład te przygniatające ściany sprawiają, że scena z kanałów jest jeszcze bardziej przerażająca, świetnie ukazują tę walkę o przetrwanie i jednoczesną bezsilność. Zgodzę się jedynie z tym, że scena pocałunku wśród kul nie wyszła dobrze. Ona też miała być metaforą, takim kontrastem, ale nie została właściwie zrealizowana i wypadła sztucznie, była taka wyrwana z kontekstu, między nią a poprzednią sceną powinno być bardziej płynne przejście.

Nie rozumiem też tych osób, które twierdzą, że film jest przepełniony erotyzmem. Przecież tam jest właściwie tylko jedna taka scena, na dodatek krótka, więc naprawdę nie ma się czego czepiać. Ja jej nie mogę wybaczyć reżyserowi z zupełnie innego powodu. Ci, którzy oglądali, pewnie się domyślają. Zadziwiające jest to, że często te osoby nie krytykują filmów, które rzeczywiście są wulgarne i co druga scena w nich po prostu razi. Czy to aż takie dziwne, że ówcześni chłopacy powiedzieli czasami coś o kobietach? Naprawdę nie przesadzajmy...

Stefan niestety trochę mnie denerwował, ale z drugiej strony myślę, że nie chcielibyśmy oglądać kolejnego filmu o herosie, któremu wszystko zawsze się udaje, który nigdy nie ma wątpliwości, który jest po prostu idealny. Nie taki przecież był zamiar reżysera. "Miasto 44" opowiada o młodych ludziach, którzy tak jak my mają pasje, mają przyjaciół, zakochują się, lubią żartować itd., jednak przychodzi im zmierzyć się z okrucieństwem wojny i muszą przedwcześnie dorosnąć. Film pokazuje, że owszem, byli odważni, pragnęli wolności, chcieli walczyć za kraj, ale jednocześnie mieli wiele wątpliwości i też nie do końca zdawali sobie sprawę  tego, czym jest powstanie. Wielu myślało, że to potrwa tylko kilka dni... "Miasto 44" ukazuje różne postawy młodych ludzi. Jedni chcieli walczyć do końca, inni myśleli o poddaniu się, jeszcze inni po prostu bali się śmierci, marzyli o normalnym życiu. Jan Komasa stworzył film przepełniony skrajnymi emocjami, pełen kontrastów (chociażby scena, gdy kilka osób szło z trumną, a obok ksiądz udzielał ślubu). Dla tamtych osób czas miał zupełnie inne znaczenie,..

Z kolei książka jest świetnym uzupełnieniem filmu, wzbogaconym licznymi fotosami i warto przeczytać ją już po obejrzeniu "Miasta 44". Historia jest ta sama, przekaz też, ale wiele rzeczy zostało wyjaśnionych, rozwiniętych. Autor skupił się na rozterkach bohaterów, opisał ich myśli, uczucia, niepewność. Pokazał to, czego może nie zauważyliśmy. Film i książkę powinno się traktować jako całość, z którą zapoznać powinien się każdy. To nie tylko doskonała lekcja historii i patriotyzmu, ale po prostu wstrząsająca opowieść o naszych rówieśnikach.

poniedziałek, 3 listopada 2014

"Hopeless" Colleen Hoover

Hopeless - Hoover ColleenTYTUŁ: HOPELESS
AUTOR: COLLEEN HOOVER
WYDAWNICTWO: OTWARTE
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 378
MOJA OCENA: 10/10

Zazwyczaj największe wrażenie, przynajmniej na mnie, robią książki, które są przepełnione emocjami. Takie silne uczucia oferuje nam nowy gatunek New Adult. Prawda jednak jest taka, że autorzy trochę wykorzystują tę modę i nie zawsze serwują nam mądre i wzruszające powieści, tylko często są to po prostu "wersje Greya dla młodzieży". Sięgając po "Hopeless" Colleen Hoover raczej nie miałam takich obaw, bo rzadko trafiałam na opinie inne niż pełne zachwytu. Okazało się, że rzeczywiście szum wokół tej książki jest uzasadniony. Mnie ona totalnie porwała.

Trzynaście lat temu Sky została adoptowana przez Karen. Dziewczyna nie pamięta swojego wczesnego dzieciństwa, wie tylko, że nie żyje jej matka. Karen nie uznaje telewizji, komórek, internetu, ale nastolatka czuje się u niej szczęśliwa. Problemem są dla niej jednak kontakty z chłopakami i właściwie nie wie dlaczego. Z kolei jej przyjaciółka Six, zmienia partnerów jak rękawiczki i zawsze znajduje też kogoś dla Sky. Przez to wszystko dziewczyny nie cieszą się dobrą reputacją. Któregoś dnia nastolatka postanawia zakończyć domowe nauczanie i pierwszy raz w życiu idzie do szkoły. Wkrótce poznaje Deana Holdera, chłopaka o równie złej reputacji, na którego widok serce po raz pierwszy bije jej mocniej Okazuje się jednak, że każde z nich skrywa jakieś tajemnice, a tragiczna przeszłość wkrótce da o sobie znać...

"Hopeless" to naprawdę niesamowita powieść i teraz już doskonale rozumiem tych wszystkich, którzy byli nią tak zachwyceni. Książka jest olbrzymią dawką skrajnych emocji i ciężko się po niej pozbierać. Jestem ogromnie szczęśliwa, że miałam okazję poznać tę historię, która tak mnie pochłonęła i na kilka godzin zabrała całą moją uwagę. Początkowo planowałam podzielić ją na co najmniej dwa dni, ale zwyczajnie nie byłam w stanie jej odłożyć. Nie potrafiłabym tak długo wytrwać w niepewności. Powieść niesamowicie wciąga i każda strona ma tutaj ogromne znaczenie. Wszystkie tajemnice odkrywane są stopniowo, powoli. Sama cały czas się zastanawiałam, jakie sekrety kryje przeszłość bohaterów. "Hopeless" cały czas mnie zaskakiwało. Wydawało mi się, że już wszystko wiem, a tu kolejna niespodzianka.

Jednak największą zaletą tej powieści są właśnie emocje. Można bowiem napisać ciekawą, pełną akcji historię, ale jeśli nie będzie ona okraszona całą paletą uczuć, to nie zachwyci czytelników aż tak bardzo. "Hopeless" to książka naprawdę świetnie napisana. Pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym okazała się strzałem w dziesiątkę. Autorka doskonale wie, jak trzymać czytelników w napięciu. Cały czas przeżywałam wszystko równie mocno jak bohaterowie. Momentami aż coś ściskało mi żołądek, a serce biło jak szalone. Gdy skończyłam czytać, byłam po prostu wyczerpana. Każdy rozdział "Hopeless" jest tak dopracowany i umiejętnie napisany, że przekazuje dokładnie wszystko, co powinien nam przekazać. W twórczości Matson tych emocji trochę mi jeszcze brakowało, tutaj była ich już odpowiednia ilość. Po prostu wodospad, huragan, wulkan emocji! Niesamowite... Niesamowite było to wrażenie, że wszystko dzieje się naprawdę, że to nie jest tylko książka... Ta rozpacz, ten ból, ta złość, ta miłość - tak realne, tak namacalne choć abstrakcyjne...

Podoba mi się to, w jaki sposób autorka przedstawiła relacje między Sky i Holderem. To nie było żadne cukierkowe uczucie, ale takie prawdziwe i takie, o którym można marzyć, takie, jakiego każdy chciałby doświadczyć, delikatne i silne zarazem, namiętne, ale tak dalekie od wulgarności. Hoover ukazuje miłość jako potężną siłę, która jest lekarstwem na zło tego świata, która daje nadzieję i siłę do życia. Jednak oprócz tego powieść porusza wiele trudnych tematów, których staramy się unikać w rozmowach, które nas przerażają i burzą naszą wizję świata. Autorka bardzo zadbała o aspekt psychologiczny i ukazała przeżycia osób skrzywdzonych, osób, które spotkało wielkie nieszczęście, osób, które pomimo tego nieszczęścia chcą dalej żyć, chcą marzyć, chcą kochać. Myślę, że dla wielu z nas książka ta może być takim promyczkiem nadziei i siłą do przezwyciężenia tego, co nas dręczy i powoli, od wewnątrz zabija.

Chyba napisałam już wszystko, co chciałam napisać, ale uwierzcie, że w mojej głowie wciąż krąży milion myśli i pytań. Jeśli ktokolwiek z was waha się, czy sięgnąć po "Hopeless" naprawdę nie powinien już dłużej się zastanawiać. Myślę, że tylko na nielicznych osobach ta książka nie zrobi wrażenia. Hoover pisze tysiąc razy lepiej niż Green, Matson, Sparks itp. Szukacie poruszającej i chwytającej za serce powieści? Oprócz tej nie możecie przejść obojętnie...

środa, 29 października 2014

"Wojciech Fortuna. Skok do piekła" Leszek Błażyński

TYTUŁ: WOJCIECH FORTUNA. SKOK DO PIEKŁA
AUTOR: LESZEK BŁAŻYŃSKI
WYDAWNICTWO: FALL
ROK WYDANIA: 2013
LICZBA STRON: 156 + ZDJĘCIA
MOJA OCENA: 10/10


Życie ludzkie jest bardzo nieprzewidywalne. W 1972 r. prawie nikt nie przypuszczał, że w konkursie skoków narciarskich na dużej skoczni podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Sapporo zwycięży dziewiętnastoletni Polak, którego właściwie w ogóle nie chciano zabrać do Japonii. Jednak nikt nie sądził także, że ten piękny początek kariery jest właściwie jednocześnie jej końcem... Mowa tu o Wojciechu Fortunie, skoczku narciarskim, o którym pewnie większość z was chociaż raz słyszała, gdyż przez 42 lata był jedynym złotym medalistą olimpijskim w tej dyscyplinie. Fortunie udało się pokonać głównego faworyta konkursu, legendarnego Yukio Kasayę, ale wkrótce przyszło mu się zmierzyć z zupełnie innym przeciwnikiem...

O Fortunie mówi się różnie. Wiele osób krytykuje go za to, że zaprzepaścił swoją karierę, uzależnił się od alkoholu, miał kłopoty z prawem itd., zaś inni doceniają jego wielkie osiągnięcie. Opinie są często bardzo skrajne. "Najgorsze, co spotkało Wojtka, to wygrana na igrzyskach olimpijskich!" - takie słowa wypowiedziała podobno przed śmiercią jego matka. Czy miała rację? Każdy może sam to ocenić, sięgając po biografię "Wojciech Fortuna. Skok do piekła" autorstwa dziennikarza Leszka Błażyńskiego.

Biografia Fortuny jest bardzo szczera i zarazem wstrząsająca. Niezwykle poruszający jest chociażby opis pobytu w więzieniu... Były skoczek nie boi się mówić o swoim upadku, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co stracił. Poza tym nie próbuje się "wybielać". Owszem, ma żal, że w PRL-u traktowano sportowców tak, a nie inaczej oraz wymienia czynniki, które sprzyjały popadnięciu w nałogi, jednak nie usprawiedliwia się w żaden sposób. Po prostu opowiada historię swojego życia i wyraźnie zaznacza, że gdyby mógł cofnąć czasu, rozegrałby wszystko zupełnie inaczej. "Skok do piekła" to opowieść o młodym chłopaku, który się wyraźnie pogubił, wpadł w złe towarzystwo i pewnie nie przypuszczał, że z pozoru niewinne toasty mogą tak się skończyć.

Książka mówi także o próbach powrotu na "dobrą drogę". Czytelnicy mogą śledzić zmagania Fortuny z samym sobą, z jego słabościami, wadami. To człowiek, który naprawdę wiele w życiu przeszedł. Kiedy chciał się zmienić, okazało się, że to nie jest takie proste. Wyobraźcie sobie taką sytuację - macie świadomość tego, że wszystko zaprzepaściliście, ale chcecie spróbować się podnieść, tymczasem los zdaje się wam to utrudniać i nie zamierza przestać rzucać kłód pod nogi. Fortuna musiał naprawdę walczyć i bardzo mocno chcieć wyjść na prostą.

"Wojciech Fortuna. Skok do piekła" jest również opowieścią o różnych obliczach prawdziwej i pięknej miłości. Matka Fortuny jako jedna z nielicznych osób nie odwróciła się od niego, kiedy upadł. Cieszyła się z jego sukcesów, ale była przy nim także w trudnych chwilach. Odwiedzała syna w więzieniu, zawsze go wspierała i zapewne do końca miała nadzieję, że ten kiedyś się zmieni. Cierpiała z jego powodu, ale kochała go. Teraz na pewno byłaby z niego dumna. Podobnie było w przypadku jego drugiej żony, Marii. Kiedy Fortuna ją poznał, miał już prawie 50 lat, ale wtedy nie udało mu się jeszcze ostatecznie zwyciężyć ze słabościami. W ich życiu było wiele trudnych chwil, kobieta musiała niejedno znieść, ale ich miłość przetrwała. Maria pomogła mu ostatecznie uporać się z jego "demonami". "To, że się z nią ożeniłem, to jedna z najlepszych rzeczy, jakich dokonałem w życiu" - mówi Fortuna. Jak obecnie wygląda życie Fortuny? Tego wam nie zdradzę, przeczytajcie.

Oprócz tego książka jest skarbnicą wiedzy o skokach narciarskich za czasów Fortuny. Niektóre rzeczy naprawdę mnie zszokowały. Znajdziecie dużo ciekawostek o strojach, sprzęcie, dyscyplinie, zasadach, organizacji i przebiegu konkursów, uczciwości itd. Poza tym czytelnicy mają okazję poznać kulisy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Sapporo i zwycięstwa Fortuny. Biografia zawiera także wiele anegdotek z jego życia, np. czasów szkolnych. Książka może być także źródłem wiedzy historycznej, gdyż zostały w niej opisane realia życia w PRL-u, sytuacja sportowców i wiele absurdów z tamtych lat. Wzbogacona została również o liczne zdjęcia, a także wplecione do treści wypowiedzi różnych osób np. rodziny, kolegów, trenerów o Fortunie.

"Wojciech Fortuna. Skok do piekła" to biografia, która porusza i na długo zostaje w pamięci. Jest opowieścią o prawdziwej, długotrwałej walce. Myślę, że historia Fortuny może być przestrogą dla wielu młodych ludzi, którzy każdego dnia narażeni są na różne pokusy. Naprawdę łatwo jest zniszczyć sobie życie, ale o wiele trudniej odbudować to, co się zepsuło. Jednak biografia ta może dać nam siłę do walki ze swoimi słabościami i nadzieję na to, że z każdego upadku człowiek jest w stanie się podnieść.

wtorek, 21 października 2014

"Kolor jej serca" Barbara Mutch

Pewnie jesteście trochę zdziwieni, że pojawia się u mnie recenzja, no ale tak to już jest, że wszystko ciągle się zmienia. Jeszcze nie obiecuję całkowitego powrotu, ale myślę, iż to jest możliwe. Dlaczego? Otóż los trochę sobie ze mnie zakpił (a może właśnie chciał mi pomóc?) i prawdopodobnie nie będę miała możliwości wzięcia udziału w tej olimpiadzie z polskiego. Przynajmniej wszystko na to wskazuje. Wkurzyłam się, bo lektur miałam już dużo przeczytanych, ale ostatecznie nie rozpaczam, bo mam teraz więcej czasu i mogę spokojnie przygotowywać się do matury, czytać, recenzować, pisać opowiadania na konkursy itd. Olimpiada chyba nie jest moim powołaniem :D Zobaczymy.



TYTUŁ: KOLOR JEJ SERCA
AUTOR: BARBARA MUTCH
WYDAWNICTWO: MUZA SA
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 430
MOJA OCENA: 7/10

Są takie książki, które nas poruszają i na zawsze zostają w pamięci oraz sercu. Są też takie, które mówią o czymś ważnym i wydaje nam się, że nas poruszą, ale okazuje się, że coś nie do końca zagrało i po lekturze nie czujemy się tak, jak powinniśmy się czuć. Taką właśnie powieścią, przynajmniej w moim odczuciu, jest "Kolor jej serca" autorstwa Barbary Mutch. Nie zrozumcie mnie źle, ona mi się podobała, ale nie wzbudziła aż takich emocji jak chociażby "Przeminęło z wiatrem".

1919 r., Cathleen Harrington wyjeżdża z Irlandii do Afryki Południowej, gdzie czeka na nią narzeczony, którego ostatni raz widziała pięć lat temu. Okazuje się jednak, że inaczej wyobrażała sobie przyszłość, o czym wie tylko jej dziennik... Największą pociechą jest dla niej Ada, córka czarnoskórej służącej, dziewczynka tak jak ona kochająca muzykę. Z upływem lat Ada dorasta i pewnego dnia życie mieszkańców Cradock House na zawsze się zmienia...

Wbrew pozorom narratorką całej opowieści jest Ada, a nie Cathleen. Jednak zapiski tej drugiej, czytane w tajemnicy przez Adę stanowią świetne uzupełnienie tej historii i pozwalają na nią spojrzeć z innego punktu widzenia. Pomimo tego odnoszę wrażenie, że o Cathleen czytelnik wie trochę za mało. Myślałam, że autorka skupi się także na jej życiu, tymczasem główną bohaterką jest właściwie tylko Ada, którą poznajemy w dniu jej narodzin i towarzyszymy jej aż do starości. A ja chciałabym dowiedzieć się więcej o Cathleen, o jej relacjach z Edwardem itp.

Ada jest bohaterką, która mnie dość irytowała. Rozumiem, że na początku nie umiała czytać, pisać itd., ale jej postrzeganie świata momentami było naprawdę bardzo naiwne. Owszem, czasami jej wnioski okazywały się nadzwyczaj trafne, ale niekiedy zachowywała się tak, jakby zupełnie z niczego nie zdawała sobie sprawy. Dopiero później zmieniła się, zaczęła walczyć o swoje i stała się naprawdę dzielną kobietą, aczkolwiek wciąż denerwowało mnie to, że niby miała jakiś zryw, zapał, a za chwilę to wszystko gasło... Zaś o pozostałych mieszkańcach Cradock House, podobnie jak o Cathleen niewiele wiadomo. Autorka nie dopracowała ich charakterów i czytelnik wie po prostu, że oni są, ale jacy są i co czują to już jest zagadką. Mogłabym podać jedynie jakąś jedną cechę każdego z nich. A ja chciałabym wiedzieć co nimi kierowało w poszczególnych sytuacjach, dlaczego postąpili tak, a nie inaczej... Szkoda też, że wątek Phila nie został nieco inaczej poprowadzony, bo mogłoby to bardziej urozmaicić powieść.

Tło historyczne jest zdecydowanym plusem tej powieści i dodaje jej dramaturgii. Okrutny apartheid, segregacja rasowa, nienawiść, wojna - to wszystko znacząco wpływa na losy bohaterów "Koloru jej serca". Dlaczego człowiek potrafi w taki sposób traktować drugiego człowieka? Pod tymi względami książka bardzo przypomina mi "Drzewo migdałowe", ale niestety jest od niej nieco słabsza. Najbardziej zabrakło mi bowiem emocji. Owszem, w książce dzieje się bardzo dużo, akcja pędzi do przodu i to jest duży plus, ale autorka w ogóle nie skupia się na uczuciach. Dlaczego nie pokazała rozpaczy, bólu, miłości, złości, nadziei? Niby one są, ale jakoś ich w ogóle nie czułam. W takich książkach właśnie emocje powinny być największą zaletą. Chciałabym móc wczuć się w sytuację bohaterów, przeżywać wszystko razem z nimi...

"Kolor jej serca" pomimo swoich wad jest wartościową i mądrą książką, która niesie ze sobą jakieś przesłanie. Szkoda, że nie do końca został wykorzystany potencjał tej historii, ale dla wielbicieli powieści z tłem historycznym i sag rodzinnych jest to pozycja obowiązkowa. Opowieść o wielkiej przyjaźni, która jest w stanie przetrwać wszystkie przeciwności losu i... o muzyce, która towarzyszy nam przez całe życie, daje nam siłę i jest niezniszczalna.


Wyzwania:
Czytam Opasłe Tomiska
Stare, dobre czasy!
Book lovers

wtorek, 14 października 2014

Kilka słów



Nie mogę powiedzieć, że mój nastrój jest ostatnio jakoś szczególnie optymistyczny. Pewnie niektórzy z Was zauważyli moją nieobecność na blogu. Wasze staram się odwiedzać chociaż raz na tydzień, ale też nie zawsze się to udaje. Wszystko głównie przez olimpiadę z języka polskiego. Lista lektur jest ogromna, poza tym są to często trudne teksty i czyta się je dość wolno. Nie mam kompletnie czasu na to, żeby poczytać coś innego, a czeka na mnie tyle pięknych książek...

Długo zastanawiałam się nad tym, co zrobić z blogiem. Początkowo myślałam, że uda mi się publikować chociaż dwie recenzje na miesiąc, ale w tej chwili już tego nie widzę. Mam ostatnio dużo chwil zwątpienia, myślałam nawet nad tym, żeby po prostu zamknąć bloga, lecz z drugiej strony nie potrafię podjąć takiej decyzji, za bardzo mi go szkoda.

Próbuję też sklecić coś na konkursy literackie, ale i tutaj często przegrywam z czasem. Ostatnio udało mi się zająć drugie miejsce w powiatowym, to było pisanie "na żywo". Poza tym, wiadomo, zależy mi na ogólnopolskich.

Dzisiaj i tak stwierdzam, że nie chcę tak tego kończyć i jeszcze spróbuję. Tempo czytania lektur na olimpiadę jest już dużo lepsze i może jakoś się z tym wszystkim uporam. Jest jednak jeszcze matura...


Pozdrawiam
see you soon
(przynajmniej taką mam nadzieję)

sobota, 11 października 2014

Ocalić od zapomnienia - październik

W komentarzach przesyłajcie: tytuł, autora oraz link do recenzji przeczytanej książki.

Dołączyć można w każdej chwili!

Zapisy oraz regulamin tutaj: http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/p/wyzwania-2014-r.html

piątek, 19 września 2014

"Lato drugiej szansy" Morgan Matson + wyniki konkursu


WYNIKI KONKURSU:
Otrzymaliśmy 12 prac, ale wybór był naprawdę trudny. Ostatecznie wybraliśmy dwie osoby:
Fenko - za zupełnie inne podejście do tematu i oryginalność
mam namyszy - za ciekawą formę pracy i humor

Gratulujemy :) Zwycięzców proszę o przesłanie danych adresowych na agdzia13@interia.pl



TYTUŁ: LATO DRUGIEJ SZANSY
AUTOR: MORGAN MATSON
WYDAWNICTWO: JAGUAR
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 413
MOJA OCENA: 8/10

Co prawda lato już właściwie za nami i chyba każdy zaczyna to odczuwać, ale tak na pocieszenie zawsze można sięgnąć po wakacyjną powieść. W książce "Lato drugiej szansy" główne wydarzenia rozgrywają się właśnie podczas letniej przerwy, jednak niestety o sielance tutaj mówić nie można... Po tym jak bardzo spodobała mi się druga powieść tej autorki "Aż po horyzont", liczyłam na to, że tym razem będzie równie dobrze. W sumie o rozczarowaniu mówić nie mogę, ale też mogło być odrobinkę lepiej.

Ojciec siedemnastoletniej Taylor ma raka. Lekarze twierdzą, że zostało mu tylko kilka miesięcy życia, prawdopodobnie około trzech, góra czterech. Cała rodzina decyduje się spędzić te ostatnie wakacje razem, w swoim domku nad jeziorem, Taylor nie była tam od pięciu lat i zawsze powtarzała sobie, że już nigdy nie wróci, bowiem z miejscem tym łączy zarówno piękne jak i bardzo przykre wspomnienia... Okazuje się jednak, że wyjazd to szansa na poprawienie więzi z rodziną, dowiadywanie się o ojcu tego, o co nigdy nie miała czasu pytać, a także spotkanie dawnych znajomych.

Zacznę od plusów. Przede wszystkim "Lato drugiej szansy", podobnie jak "Aż po horyzont" czytało się naprawdę bardzo dobrze. Autorka posługuje się lekkim, młodzieżowym stylem, ale też nie przesadza, nie używa jakichś sztucznych zwrotów itp. Czytelnik po prostu czuje się tak, jakby czytał pamiętnik głównej bohaterki. Poza tym cała historia jest wciągająca i... mądra. To kolejna powieść, która niesie jakieś wartości, przesłanie, nie jest tylko pustą opowiastką o błahych problemach. Tutaj problem jest poważny... Bohaterów także polubiłam, bo każdy z nich jest inny, jedni są zabawni, drudzy po prostu od razu budzą sympatię, inni są tajemniczy, bardziej zamknięci w sobie.

Niestety czegoś mi brakowało. Wydaje mi się, że w książce odnalazłam za mało emocji. Autorka powinna bardziej się wczuć w sytuację Taylor, ukazać rozpacz, bezradność, żal. Wiadomo, że rodzina Edwardsów nie jechała nad jezioro po to, żeby przez trzy miesiące płakać, ale wydaje mi się, że rozmyślania Taylor powinny być inne, pełne wątpliwości i właśnie tego smutku. Niby są takie momenty, ale ja jakoś nie uwierzyłam autorce. Niestety.

Niemniej jednak "Lato drugiej szansy" to bardzo wzruszająca powieść, która mówi przede wszystkim o zmianach zachodzących w naszym życiu. Może być przestrogą, abyśmy kochali innych, póki jeszcze są przy nas, abyśmy starali się podtrzymywać dobre relacje z rodzicami, dziadkami itp. Jest to także historia o pożegnaniu, wielkiej stracie, chorobie. Jednak motyw drugiej szansy dotyczy nie tylko rodziny, a także przyjaciół. Taylor przez własną głupotę oddaliła się od dwóch bliskich jej osób, ale w końcu zaczyna rozumieć, że brakuje jej ich, lecz okazuje się, że wewnętrzna metamorfoza i wybaczenie są możliwe.

"Lato drugiej szansy" przypomina mi trochę "Ostatnią piosenkę", ale różni się od niej przede wszystkim stylem oraz charakterem głównej bohaterki. Jednak jeśli komuś podobała się powieść Sparksa, ta również powinna przypaść do gustu. Poza tym to doskonała propozycja dla wszystkich, którzy lubią powieści obyczajowe, wyciskacze łez i książki, które mogą nas czegoś nauczyć, otworzyć nam oczy na pewne sprawy.

Wyzwania:
Book lovers
Klucznik
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 9 września 2014

"Obsydian" Jenifer L. Armentrout

TYTUŁ: OBSYDIAN
SERIA: LUX #1
AUTOR: JENIFER L. ARMENTROUT
WYDAWNICTWO: FILIA
LICZBA STRON: 418
ROK WYDANIA: 2014
MOJA OCENA: 4/10

Naprawdę oczekiwałam, że "Obsydian" okaże się paranormalem na poziomie, bo przecież muszą istnieć jacyś przedstawiciele tego gatunku, którzy zasługują na uwagę. Zresztą kilka takich powieści udałoby mi się nawet wymienić, ale wciąż liczę na to, że kiedyś ktoś stworzy po prostu powalający paranormal. Niestety to jeszcze nie ten czas...

Właściwie nie musiałabym wcale opisywać fabuły, bo w sumie każdy może się domyślić okładkowego opisu. Główna bohaterka, Katy przeprowadza się wraz z matką do nowego miasteczka, rozpoczyna naukę w nowej szkole, poznaje nowych ludzi itd., ale oczywiście co najważniejsze, okazuje się, że ma intrygujących sąsiadów. Dziewczyna szybko zaprzyjaźnia się z Dee, ale gorzej z bratem nowej przyjaciółki, Deamonem. Chłopak wydaje się nie znosić Katy, ale jednak oboje czują, że coś ich do siebie przyciąga...

Jestem w szoku. Głównie dlatego, że tyle osób wychwalało "Obsydiana" i to osób, które mają podobny do mnie gust. Rozpoczęłam lekturę z mega pozytywnym nastawieniem, a tymczasem okazało się, że to po prostu kolejna kopia "Zmierzchu", na dodatek niestety, ale słabiutka. Jedyną różnicą jest to, że Deamon to kosmita, a nie wampir, no i może potrafi być trochę bardziej złośliwy niż Edzio. Nic poza tym. Jest równie "idealny", pociągający i oczywiście twierdzi, że lepiej by było, gdyby Kat się do niego nie zbliżała, jednak on sam, choć nie chce, nie potrafi trzymać się od niej z daleka. Z kolei Dee to kopia Alice i ogólnie Luksjanie przypominają Cullenów. Zaś Kat ciągle mdleje jak Bella i stale jest w niebezpieczeństwie. Zapomniałam jeszcze o jednym, Luksjanom również ktoś zagraża. Prawda, że to kopia "Zmierzchu"?

Cóż jeszcze można powiedzieć na temat "Obsydiana"? Czytało się go nawet nieźle, ale wiele momentów mnie wkurzało, o czym pisałam już w poprzednim akapicie. Natomiast jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy i aż poraziła. Otóż jak to możliwe, że Kat i Dee po jednej rozmowie nazywają się już przyjaciółkami? Przecież w ogóle się nie znają! I nie, to nie było nic w stylu ślubowania przyjaźni Ani i Diany. Po prostu nagle mówią do Deamona, że są przyjaciółkami. No błagam! Poza tym wielka szkoda, że autorka nie rozwinęła odpowiednio wątku kosmitów, który pozostawia przecież wiele możliwości i dość spore pole do popisu. Wciąż nie rozumiem dlaczego dla autorów co innego okazuje się ważniejsze...

"Obsydian" pewnie spodoba się tym, którzy lubią niewymagające paranormale i nie przeszkadza im nadmierne podobieństwo do innej książki. Według mnie w tej powieści nie ma nic oryginalnego, ani też szczególnie przyciągającego. Zdecydowanie spodziewałam się czegoś lepszego i teraz już wiem, że naprawdę czas zacząć sięgać po zupełnie inne książki.

Wyzwania:
Book lovers
Czytam Opasłe Tomiska
Serie na starcie
Czytam fantastykę II
Klucznik
Grunt to okładka

czwartek, 4 września 2014

Podsumowanie sierpnia



Pewnie większość z Was słyszała o czymś takim jak "zajęcia dodatkowe obowiązkowe" i o wszystkich innych absurdach związanych ze szkolnictwem, więc lepiej pomińmy jakiekolwiek pytania o początek roku szkolnego. Staram się o tym wszystkim nie myśleć, żeby po prostu się nie denerwować. Korzystając z chwili wolnego czasu, spowodowanego wyjątkowym szybszym końcem lekcji, postanowiłam podsumować sierpień. Jednak najpierw jeszcze kilka innych spraw.

1. Jeśli chodzi o konkurs to proszę Was wszystkich o cierpliwość (naprawdę mam strasznie mało czasu), jednak mam nadzieję, że zostanie rozstrzygnięty nie później niż do połowy września, a może uda się już w ten weekend.
2. Recenzje na moim blogu będą prawdopodobnie pojawiały się jeszcze rzadziej niż planowałam. Podejrzewam, że miesięcznie będę publikowała coś ok. 3 recenzji. Waszych blogów też nie dam rady odwiedzać codziennie, ale zawsze raz na kilka dni nadrobię zaległości i przeczytam wszystkie Wasze posty.
3. Nowe rozdziały "Maddie" będą pojawiały się mniej więcej co drugi tydzień. Trzeci rozdział planuję na ok. połowę września, potem mam nadzieję, że będzie systematycznie.
4. A na koniec już milsza rzecz, a mianowicie zyskałam nową zdobycz książkową:


TERAZ STATYSTYKI:
Przeczytane książki: 8 (Religia, Zabłądziłam, Play, Gra o Ferrin, Powrót do Ferrinu, Córka morza: Sztorm, Love story, Chłopi t.1)
Liczba opublikowanych recenzji: 5 (jedna podwójna)
Liczba postów: 12
Liczba komentarzy (nie liczę tych do wyzwań ani moich): 146
Liczba wyświetleń: 3001
Liczba przeczytanych stron: 2926


Za jakiś czas pojawi się recenzja "Obsydiana", ale uprzedzam, że trochę musicie poczekać, jednak mam nadzieję, że nadal będziecie mnie odwiedzać :)

Ocalić od zapomnienia - wrzesień

W komentarzach przesyłajcie: tytuł, autora oraz link do recenzji przeczytanej książki.

Dołączyć można w każdej chwili!

Zapisy oraz regulamin tutaj: http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/p/wyzwania-2014-r.html

niedziela, 31 sierpnia 2014

"Play" Javier Ruescas

TYTUŁ: PLAY
SERIA: PLAY #1
AUTOR: JAVIER RUESCAS
WYDAWNICTWO: JAGUAR
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 461
MOJA OCENA: 6/10

Co powiedzielibyście na książkę przepełnioną humorem, muzyką i oczywiście miłością? Ja byłam zdecydowanie na tak, chociaż domyślałam się, że nie mogę spodziewać się nie wiadomo czego. Oczywiście okazało się, że moje przeczucia się sprawdziły. "Play" autorstwa Javiera Ruescasa to powieść typowo rozrywkowa, niepozbawiona wad, ale dość przyjemna w odbiorze.

Kończą się wakacje i Aaron nie może doczekać się spotkania ze swoją dziewczyną Dalilą, której nie widział już od dwóch miesięcy. Okazuje się jednak, że Dalila wygrała casting i dostała główną rolę w filmie, a ze swoim chłopakiem nawet nie raczy się skontaktować. Na domiar złego do domu wraca jego starszy brat, Leo. Aaron ma do niego ogromny żal o to, co wydarzyło się dwa lata temu. Tymczasem Leo postanawia pomóc bratu zabłysnąć przed ukochaną i wpada na "genialny" pomysł. Otóż od dawna marzył o sławie, a tak się składa, że Aaron pisze, komponuje i śpiewa piosenki, tylko brakuje mu odwagi, żeby publicznie wystąpić. Leo bez jego wiedzy "użycza" swojej twarzy i zaczyna montować teledyski, a następnie wrzuca je na YouTube. Okazuje się jednak, że wszystko ma swoje konsekwencje. Jedno jest pewne - będzie się działo.

"Play" to zdecydowanie powieść dla tych, którzy lubią niewymagające komedie i potrzebują książki, która dostarczy im dużo rozrywki i śmiechu. Wiele sytuacji było naprawdę komicznych i wywoływało uśmiech na mojej twarzy. To doskonała odskocznia od codzienności i nadchodzącego roku szkolnego. Niestety historia dwóch braci jest też dość naiwna i schematyczna. Wiadomo, że w rzeczywistości rzadko kiedy wrzucenie kilku teledysków spowoduje, że od razu zainteresuje się nami jakaś wytwórnia, agenci itd., a już na pewno wszystko nie miałoby szans potoczyć się w tak krótkim czasie. Poza tym takie motywy są już chyba wszystkim znane, więc nie można powiedzieć, że autor wymyślił coś oryginalnego. Mógł trochę pokombinować nad bardziej skomplikowanymi rozwiązaniami, mniej banalnymi, za to wiarygodniejszymi. Przez to "Play" jest taką trochę nierealną bajką o sławie, która dorosłym czytelnikom raczej nie przypadłaby do gustu.

Pomimo wad książka jest dość ciekawa i wciągająca. Jednym z większych jej plusów są dialogi, które wypadają bardzo naturalnie, poza tym są zabawne i przyjemnie się je czyta. Niestety nie można tego powiedzieć o opisach. Odnoszę wrażenie, że autor tworzył je troszeczkę na siłę i tylko dlatego, że opisy muszą być. Tymczasem nadmiar długich opisów w takiej powieści w ogóle się nie sprawdza. Tylko spowalniały akcję i wprowadzały nudę, a przecież nie o to chodziło. Na opisy też trzeba mieć pomysł i nie można przesadzić z ich ilością. Jakoś nie miałam ochoty czytać o tym, jak dokładnie wygląda każde pomieszczenie, jakie tam są meble itp. Wiadomo, o jakichś istotnych elementach warto wspomnieć, kolorystyce itp., ale po co tyle zbędnych szczegółów? Nie wiem jak was, ale mnie takie rzeczy nie interesują i z trudem przebrnęłam przez niektóre fragmenty.

Polubiłam Aarona i Leo i myślę, że każdy czytelnik zapała do nich sympatią. Są braćmi, ale bardzo się od siebie różnią, co działa na korzyść powieści. Leo jest szalony, czasem lekkomyślny, rozrywkowy i odważny. Z kolei Aarona cechuje wrażliwość, nieśmiałość i większy rozsądek, jest taką artystyczną duszą. Pozostali bohaterowie raczej niczym szczególnym się nie wyróżniają i wypadają dość słabo w porównaniu z tą dwójką.

O czym jest "Play"? Tak jak już wcześniej pisałam, o miłości i muzyce, ale nie tylko. To także historia o spełnianiu swoich marzeń, szukaniu swojego pomysłu na życie. Powieść opowiada także o braterskich relacjach, czasem trudnych, ale jednak książka uświadamia, że warto mieć kogoś kto cię wspiera, pomaga radzić sobie z problemami i potrafi być po twojej stronie, choćby świat się walił. "Play" mówi również o tym, że każde nasze działanie powinniśmy przemyśleć, bo często pod wpływem jakiegoś impulsu pakujemy się w coś, z czego ciężko jest się wyplątać.

Komu spodoba się ta powieść? Na pewno nastolatkom, ale takim w wieku mniej więcej gimnazjalnym. Nieco starszym też przypadnie do gustu, o ile sięgną po nią z nastawieniem na rozrywkę i nie będą mieli zbyt wysokich oczekiwań wobec niej. Osobom, które lubią skomplikowane intrygi, realizm i oryginalność raczej odradzam tą lekturę. Osobiście nie bawiłam się najgorzej, ale te wady i niedociągnięcia trochę popsuły mi odbiór tej książki. Po drugą część na pewno z ciekawości sięgnę, może okaże się lepsza?

Wyzwania:
Book lovers
Serie na starcie
Klucznik
Czytam opasłe tomiska

Dziś ostatni dzień konkursu! http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/2014/08/sierpniowy-konkurs-zmiana-zadania.html

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

"Zabłądziłam" Agnieszka Olejnik

TYTUŁ: ZABŁĄDZIŁAM
AUTOR: AGNIESZKA OLEJNIK
WYDAWNICTWO: LITERACKIE
ROK WYDANIA: 2014
LICZBA STRON: 311
MOJA OCENA: 9/10

Już wiele razy pisałam, że nie cierpię pustych i głupiutkich obyczajówek dla młodzieży. Na szczęście ostatnio trafiam na naprawdę dobre powieści, do których należy także "Zabłądziłam" Agnieszki Olejnik. O książce słyszałam już jakiś czas temu, ale nie zwróciłam na nią uwagi. Jednak ostatnio przeczytałam kilka pozytywnych recenzji, które mnie strasznie pokusiły i natychmiast zarezerwowałam ją w bibliotece. Teraz to ja polecę książkę wam.

Maja ma zaledwie szesnaście lat, ale w swoim życiu widziała już wiele. Gwałt, samobójstwo, depresja, utrata bliskiej osoby... Dziewczyna nie może liczyć na wsparcie rodziny, a złe wspomnienia przytłaczają ją. Od kilku lat jest zakochana w Alku i czuje, że chłopaka także coś dręczy. Maja potrzebuje miłości, a jednocześnie boi się jej. Czy obojgu uda się pogodzić z przeszłością i znaleźć szczęście?

Nie byłam w stanie odłożyć tej powieści na półkę, musiałam przeczytać ją do końca, bo inaczej nie zaznałabym spokoju. Książka wzbudziła we mnie tyle emocji... Jest po prostu do bólu realna, wiarygodna, szczera i wstrząsająca. Nie da się o niej zapomnieć. Autorka pisze o nastolatkach, mając o nich wiedzę. Niczego nie wymyśla, nie udaje, nie przesadza. Problemy bohaterów dotyczą wielu z nas, w tej powieści prawie każdy odnajdzie jakieś swoje rozterki i wątpliwości. Poza tym podoba mi się styl Olejnik, pasuje do tej książki, jest prosty i czułam się tak, jakby rzeczywiście to nastolatka opowiadała swoją historię. Ciekawym zabiegiem okazało się zmienianie narracji - raz w czasie teraźniejszym, a raz w przeszłym. Dobrze też, że tajemnice bohaterów czytelnik odkrywa powoli, a nie wszystkie od razu.

Właściwie "Zabłądziłam" to bardzo dramatyczna powieść i wyciskacz łez. Osoby wrażliwe będą ją czytać i płakać. Opowiada ona o wkraczaniu w dorosłe życie, o błędach, o tym jak łatwo się pogubić. Mówi także o problemach rodzinnych, wielkiej traumie, bólu i miłości, która okazuje się światełkiem w tunelu. Maja jest rozdarta między uczuciem, a lękiem, ale potrzebuje ciepła, bliskości, wsparcia. Tak samo Alek oraz jego ciocia Marta, która również boryka się z przeszłością. "Zabłądziłam" skłania czytelnika do refleksji, może być swego rodzaju przestrogą, ale daje też nadzieję. Uświadamia nam, że zawsze warto walczyć o bliskich, szczęście, miłość.

Powieść Agnieszki Olejnik nie zawiodła mnie ani trochę i okazała się tak dobra, jak recenzenci twierdzili. To książka, którą powinien przeczytać każdy nastolatek, ale także jego rodzice. Jeśli szukacie mądrej, wzruszającej, dającej do myślenia lektury, a jednocześnie ciekawej i wciągającej, serdecznie polecam "Zabłądziłam". Radzę wam zapoznać się z tą książką zamiast sięgać po np. "Piosenki dla Pauli", uwierzcie mi, że tak będzie dla was lepiej.

Wyzwania:
Klucznik
Book lovers

UWAGA!

piątek, 22 sierpnia 2014

Garść informacji

Jak widzicie zmieniłam wygląd mojego bloga. Nie gwarantuję jednak, że to ostateczna wersja, możliwe, że jeszcze coś pozmieniam :) Chciałabym jednak wiedzieć co sądzicie o tym szablonie - czy podoba wam się taka forma?

Myślę, że za jakiś czas zmienię także wygląd mojego bloga "Maddie", ale to pewnie za jakiś czas, muszę znaleźć coś odpowiedniego. Przy okazji serdecznie zapraszam: http://maddie-zwiadowcy.blogspot.com/ Myślę, że na dniach pojawi się kolejny rozdział (w tej chwili jestem gdzieś w połowie). WŁAŚCIWIE MAM DO WAS PROŚBĘ - CZY ZNACIE JAKIEŚ OSOBY, KTÓRE AKTUALNIE ROBIĄ SZABLONY NA BLOGI I MOGŁYBY ZROBIĆ SZABLON DO "MADDIE"?

Macie jeszcze ok. 10 dni na wzięcie udziału w moim konkursie. Do wygrania "Niepokorne. Eliza", więc myślę, że warto powalczyć. http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/2014/08/sierpniowy-konkurs-zmiana-zadania.html

A na koniec chciałabym się pochwalić moimi zdobyczami książkowymi :)

"Wojciech Fortuna. Skok do piekła" - wygrane na stronie skokinarciarskie.pl :) Strasznie się cieszę, że mój rozprawko-esej się spodobał i będę miała okazję przeczytać kolejną książkę związaną z moim ulubionym sportem <3

"Morze Spokoju" - tyle pozytywnych recenzji, że w końcu się skusiłam.
Okładka książki Kolor jej serca
"Kolor jej serca" - wygrane na biblionetka.pl za recenzję "Drzewa migdałowego".

Książki na pewno zostaną zrecenzowane, ale oczywiście jeszcze nie wiem kiedy, bo ostatnio przywlokłam cały stosik z biblioteki, a jeszcze kilka kolejnych zarezerwowałam.

Pozdrawiam i życzę udanego końca wakacji, a jak ktoś jeszcze nie czytał to zapraszam do lektury recenzji pierwszej i drugiej części "Kronik Ferrinu" Katarzyny Michalak - http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/2014/08/gra-o-ferrin-i-powrot-do-ferrinu.html Ta recenzja bije rekordy pod względem komentowania przez was moich postów :D

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Gra o Ferrin" i "Powrót do Ferrinu" Katarzyna Michalak

TYTUŁ: GRA O FERRIN, POWRÓT DO FERRINU
SERIA: KRONIKI FERRINU #1, #2
AUTOR: KATARZYNA MICHALAK
WYDAWNICTWO: LITERACKIE
ROK WYDANIA: 2013, 2014
LICZBA STRON: 455 + 464
MOJA OCENA: 2/10, 3/10

Katarzyna Michalak to jedna z najpopularniejszych polskich pisarek, autorka kilku serii typowo dla kobiet, np. owocowej, kwiatowej itd. Podobno to bardzo miła i sympatyczna osoba, która ma dobry kontakt z czytelniczkami. Pewnego dnia postanowiła napisać powieść fantasy, a potem powstała jej kontynuacja. I kolejne również. Michalak twierdzi, iż ma wielki sentyment do tej serii, mówi o niej, że jest pełna emocji i nieprzewidywalna. Skuszona negatywnymi recenzjami, wypożyczyłam "Grę o Ferrin" oraz "Powrót do Ferrinu" z biblioteki, a więc... zapraszam do Ferrinu!

Karolina to 28-latka po przejściach (bliżej nieokreślonych), lekarka, która wybrała ratownictwo medyczne. Bardzo przeżywa nieudaną akcję ratowania młodej samobójczyni, Kamili. Zaczyna marzyć o magicznej krainie, zwanej Ferrinem, a potem odprawia magiczne rytuały, aż w końcu trafia do tego świata, który jak się okazuje, jest przedmiotem zakładu bogów i miejscem nieustannych walk o władzę.

Od czego by tu zacząć... Powiem szczerze, jestem w totalnym szoku, bo czegoś takiego jeszcze nie czytałam, naprawdę. "Kroniki Ferrinu" to jeden wielki chaos, w którym pogubiła się chyba także autorka. Tutaj wiele wątków nagle się urywa, bez żadnego wyjaśnienia, związek przyczynowo-skutkowy też mocno kuleje, brak logiki i spójności. Ja rozumiem, że fantastyka to fantastyka i wszystko jest możliwe, ale Michalak wrzuciła do tej serii to, co tylko się da, a potem wymieszała. Mam wrażenie, że często nagle przypominała sobie o czymś i bez zastanowienia wplatała to w całą historię, w obojętnie jakim miejscu i nieważne, że nic się nie zgadza. Gdyby chociaż to było ciekawe, ale niestety pierwsza część potwornie mnie nudziła. Dopiero druga mnie trochę wciągnęła, ale oczywiście aby to się stało, trzeba ignorować te wszystkie absurdy. "Powrót do Ferrinu" stał się więc dla mnie niezłą zabawą, byłam ciekawa co też jeszcze autorka nawymyślała, mogłam pośmiać się z tego braku logiki.

Teraz trochę opowiem wam o tych wszystkich absurdach. Na dobry początek krótki fragmencik przedstawiający reakcję Karoliny na pierścionek zaręczynowy.
"- Przyrzekałeś - Poderwała się, przewracając wazon ze szkarłatną różą. - Przyrzekałeś być mi bratem!
 - Potrzebny ci facet! Mąż, kochanek, a nie brat! Powiedziałaś, że się zastanowisz...
  Podszedł do niej. Tak blisko. Za blisko! Cofnęła się w popłochu. To nie może tak się skończyć! Nie Łukasz! Kochała go jak brata! Ufała mu! A on...
 - Odejdź! Daj mi spokój! - W jej głosie zabrzmiała panika.
  Łzy po raz drugi tego dnia przesłoniły jej świat. Poczuła na ramionach dłonie. Odtrąciła je ze złością i pchnęła mężczyznę ku drzwiom".
Pozostawię to bez komentarza.

Karolina/Anaela to tak denerwująca postać... Wypowiada zaklęcie, które ma przenieść ją do Ferrinu, a potem myśli, że jest w Australii... Wydaje jej się, że samobójstwo Kamili to jej (Karoliny) wina, bo mogła więcej wychodzić z domu i może wtedy by ją spotkała i zakumplowałyby się, a Kamila  by się nie zabiła. Ja tego myślenia nie rozumiem. Gdy już jest w Ferrinie to ciągle ktoś ją porywa, próbuje zgwałcić itp. Oczywiście jest tak wspaniała, że wszyscy jej pragną, poza tym wszystko zawsze jej się udaje, potrafi cudownie uciec z każdej pułapki, nagle znajduje jakieś portale, przejścia itd.

Zaskakujące jest to, jak autorka postrzega miłość. Otóż Anaela kompletnie nie znając gościa, nie wiadomo dlaczego, stwierdza, że go kocha. To nic, że jest on człowiekiem, który ciągle stosuje przemoc i wszystkich krzywdzi, także ją, ona i tak go kocha. A wcześniej myślała, że kocha innego... Zresztą Anaela będąc w ramionach jednego, wypowiada imię drugiego. Przykre jak traktuje swojego przyjaciela, wykorzystuje go (nawet dosłownie!) kiedy jest jej smutno i czuje się samotna. Poza tym, wbrew pozorom swoje ciało oferuje dość chętnie, twierdząc, że nie ma innego wyjścia.

Jeśli ktoś rozumie, o co tak do końca chodzi w tej powieści, to naprawdę niech mi wyjaśni, bo tu się dzieją takie rzeczy, że ja nie potrafię sobie tego w głowie poukładać w jakąś logiczną całość. Kilka rzeczywistości, kilka Anaeli, Ferrin a jednak nie Ferrin, pomocy! Może w kolejnych częściach coś się wyjaśni, ale jak dotąd to wszystko tylko coraz bardziej się gmatwa. Co chwilę spada czyjaś głowa, ktoś umiera, a potem się nagle odradza nie wiadomo jak i dlaczego, a Anaela chce chyba pobić ślubny rekord Ridge'a z "Mody na sukces". Bohaterowie nie mają szczególnie określonego charakteru, są nijacy i bezbarwni, styl kiepski, wymieniać dalej?


Czy można komukolwiek polecić "Kroniki Ferrinu"? Jedynie wielkim, bezgranicznym wielbicielom Katarzyny Michalak oraz osobom, które lubią się pośmiać i szukają materiału na recenzję. Seria nie jest wskazana dla tych, którzy źle reagują na profanację fantastyki oraz cenią sobie logikę. Myślę, że przeczytam kolejne części, ale też tak dla zabawy i recenzji. Podobno Wydawnictwo Literackie twierdzi, że każdy kolejny tom jest coraz lepszy... Tak, tak, powieści zostały wydane przez Wydawnictwo Literackie.










Wyzwania:
Book lovers

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Love story" Jennifer Echols

Zanim przejdę do recenzji, przypominam wszystkim o moim sierpniowym konkursie: http://kraina-ksiazek-stelli.blogspot.com/2014/08/sierpniowy-konkurs-zmiana-zadania.html

Opublikowałam kolejną część "Maddie", zapraszam http://maddie-zwiadowcy.blogspot.com/2014/08/rozdzia-1.html



TYTUŁ: LOVE STORY
AUTOR: JENNIFER ECHOLS
WYDAWNICTWO: JAGUAR
ROK WYDANIA: 2013
LICZBA STRON: 375
MOJA OCENA: 7/10

Mówią, że do trzech razy sztuka i mają rację. Jakiś czas temu powiedziałam sobie, że nie sięgnę już po żadną powieść Jennifer Echols, ale jednak zmieniłam zdanie. Opis "Love story" brzmiał dość ciekawie i postanowiłam dać twórczości tej autorki jeszcze jedną szansę, ostatnią. Starałam się mieć pozytywne nastawienie do książki i... spotkała mnie miła niespodzianka.

Erin marzy o tym, aby zostać pisarką, a konkretnie autorką romansów historycznych. Niestety, babcia ma wobec niej inne plany. Chce żeby wnuczka przejęła po niej stadninę. Dziewczyna wbrew jej woli, pozbawiona pieniędzy rozpoczyna studia w Nowym Jorku i zapisuje się na kurs kreatywnego pisania. Bohatera swojego opowiadania na zajęcia wzoruje na Hunterze, chłopaku, z którym łączyły ją dość skomplikowane relacje. Erin jest w szoku kiedy okazuje się, że Hunter zapisał się do tej samej grupy kreatywnego pisania, co ona. Oczywiście chłopak domyśla się, że opowiadanie jest o nim i postanawia się odwdzięczyć...

Jennifer Echols naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Nareszcie udowodniła, że jednak zabawna powieść nie musi być głupia. W "Love story" jest dużo zbiegów okoliczności, afer i sympatycznych bohaterów. Co najważniejsze, nie ma takich absurdów jak w "Uratuj mnie" albo w "Miłość, flirt i inne zdarzenia losowe". Do niektórych fragmentów pewnie można się przyczepić, ale skoro to lekka powieść dla rozrywki, jest ok.

Cała historia jest bardzo ciekawa, dużo się dzieje, bohaterowie mają szalone pomysły i na nudę narzekać nie można. Autorka dobrze poprowadziła ten konflikt Erin i Huntera, poza tym napisała wiele zabawnych dialogów. Główna bohaterka na szczęście mnie nie denerwowała, a wręcz przeciwnie, polubiłam ją. Możliwe, że dlatego, iż sama lubię pisać. Ogólnie więc tematyka przypadła mi do gustu.

"Love story" opowiada także o tajemnicach rodzinnych, tragicznych wydarzeniach z przeszłości, a odkrywanie ich było ciekawe. Nie podobało mi się jednak do końca to, że autorka połączyła wydarzenia komiczne z dramatycznymi. Przez to te drugie nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakie powinny, a z kolei dziwnie też nazwać teraz książkę komedią. Moim zdaniem to za krótka powieść żeby łączyć tak skrajne gatunki. Sagi rodzinne mogą być raz zabawne, raz wzruszające, ale takie powieści już niekoniecznie.

Podsumowując, "Love story" to najlepsza powieść Jennifer Echols, jaką dotychczas przeczytałam. Nie jest szczególnie ambitną książką, ma swoje wady, ale na wakacje w sam raz. Może dzięki niej przeczytam jeszcze kiedyś jakąś powieść tej autorki. Tę czytało się naprawdę dobrze, więc polecam.

Wyzwania:
Book lovers

Czytelnicy